FARKA.press

Portal Kultury i Reportażu

MAM MUZYKĘ | Kromer Biecz Festival 2019 albo: Jak przetrwałem sześć dni żywiąc się wyłącznie muzyką

Grzegorz Majcher

Nie potrafię powiedzieć, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Kromer Biecz Festival. Musiało to być przy okazji pierwszej edycji tego wydarzenia, bodaj w roku 2016. Po kilku latach nie przypominam sobie także, co właściwie przykuło moją uwagę. Mogło to być po prostu kolejne letnie wydarzenie kulturalne, których zapowiedzi na antenie radiowej Dwójki czy telewizyjnej TVP Kultura pojawiają się każdego dnia. Pomimo to zapamiętałem nazwę wydarzenia, by po kilku latach ją sobie przypomnieć.

Wiosna 2019 roku, kwiecień. Słyszę hasło „Festiwal Kromera w Bieczu”. Nie będąc nigdy wcześniej na Podkarpaciu czy we wschodniej Małopolsce, znając te tereny jedynie z mapy czy opowieści, będąc mieszkańcem Pomorza Zachodniego, pomyślałem: „Pojadę”.
I się udało.
Pojechałem.
Zaczyna się.

Wtorek, 6 sierpnia
Po zakupie biletu na krakowskim dworcu autobusowym – czekam. Upewniam się (zresztą więcej razy, niż potrzeba), czy na pewno stanąłem przy właściwym stanowisku. Wreszcie. Podjeżdża autobus. Zwykły. Ani rozklekotany (jak przybrudzone PKS-y z wyświechtanymi siedzeniami, które rozwożą ludzi po malutkich, zaspanych miasteczkach), ani luksusowe, klimatyzowane Volvo z zeszłego roku.

Na kolejnych przystankach wsiadają i wysiadają miejscowi, obeznani z kierowcą, ceną biletów, nawet z samym autobusem, w którym zdają się zajmować stałe miejsca. Tych zresztą w którymś momencie zaczyna brakować. W środku robi się też trochę duszno. Dopiero w 2/3 drogi, po wyjeździe z Tarnowa, zaczyna się przerzedzać. Już łatwiej zauważyć współpasażerów. Niedaleko, z przodu siedzi nieduża zakonnica z ciężkimi, napchanymi siatkami, które do jej kruchej postury zupełnie nie pasują. Poza mną jedyną osobą, która wygląda za okno, jest około sześćdziesięcioletni mężczyzna o bystrych oczach i żwawych ruchach. Ale nie wysiada w Bieczu, jedzie dalej. Do Gorlic czy Jasła. Widoki za oknami, zwłaszcza na ostatnich pięćdziesięciu kilometrach, to dla mnie całkowita nowość. Nigdy tu nie byłem. Zieleń lasów po obu stronach drogi jest letnia, nasycona. Teren bardzo urozmaicony. Rzadko się to widzi, mieszkając 13 kilometrów od morza.

Autobus staje na bieckim rynku. Dużym, zadbanym. Wysiadam, wyciągam walizę i, już po odjeździe pojazdu, rozglądam się z trochę większą uwagą. Pierwsze chwile weryfikują dotychczasowe wyobrażenia o mieście. Z nie do końca realnego punktu gdzieś w głębi Polski, na jej peryferiach, przestrzeń zaczyna nabierać kształtu, rozszerza się i klaruje. Nie, nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziony. Po prostu Biecz z imaginacji nieuchronnie ustępuje miejsca prawdziwemu.

Drobne zakupy w sklepiku (unosi się tam charakterystyczny, przyjemny zapach, znałem go mając jakieś cztery czy pięć lat) przy jednej z pierzei rynku, rzut oka na stare kamienice, które go otaczają, imponujący ratusz z zaskakująco wysoką wieżą, wreszcie konieczność dotarcia do Belnej, jak mi się zdawało – położonej na przedmieściach (po drodze zauważam jeszcze, że każda latarnia jest przyozdobiona festiwalowymi proporczykami, w gablotach wisi sporo plakatów o kolorze głębokiego granatu, a z ratuszowej wieży o pełnej godzinie zamiast zwykłego hejnału, dobiegają dźwięki barokowej, pełnej blasku i wirtuozerii muzyki).

W miasteczku liczącym może cztery tysiące mieszkańców, wystarczą dwie taksówki. Przy postoju stoi jedna, w niej starszy mężczyzna. Widać, że miejscowy, pewnie od urodzenia.
− Dokąd jedziemy?
− Do Belnej, do agroturystyki.
− Ładnie tam teraz zrobili.

Jedziemy dość długo, chyba z kwadrans. Na liczniku prawie 7 kilometrów, a na taksometrze całkiem spora suma. Wystarczyłoby na bilet do filharmonii, myślę sobie. Pytam:
− A tu coś jeździ, jakiś busik?
− Nie, mogę panu dać wizytówkę.

Z taksówkarzem pojadę jeszcze tylko raz, na powrotny autobus, ale widywać go będę codziennie, co najmniej po kilka razy.

Wysiadam. Miejsce jest piękne i ciche. Położone z dala od głównej drogi. Jedyny szum, jaki dociera do moich uszu, to odgłos liści drzew pobliskiego lasu, które się o siebie ocierają i szum kłosów na polu. Czasem zapieje kogut albo zaszczeka pies. Odgłosy natury. Nie jak w środku miasta, gdzie w sobotni poranek nawet przez szczelnie zamknięte okno słychać łomot głośników jakiegoś barczystego 35-latka, który wprowadził się może z pół roku temu po śmierci wcześniejszej właścicielki mieszkania, miłej, starszej pani. Nie, tutaj to zupełnie co innego. Cisza ma inną konsystencję, jest jakby przyrodzonym elementem tego krajobrazu, wpisanym w niego chyba od zawsze. Nie przerywa jej bełkot telewizora, warkot silnika czy szum wiertarki. Dookoła intensywna zieleń. W słońcu jej nasycenie niemal uderza. Przez okno w sporym, ładnym pokoju wdziera się zapach traw.

Są też drobne problemy, o proweniencji bardziej przyziemnej. Nie ma kuchni ani nawet małej lodóweczki, jedzenia mam niewiele (i gdzie miałbym je przygotować…), w kranie woda jakby przybrudzona, zbrązowiała.

Do przejścia parę kilometrów asfaltową drogą, bo przez pola podobno się nie da. Głównie w górę. Po drodze mało domów, raczej łąki i kępy drzew.

Skoro koncert zaczyna się wpół do siódmej, wyruszam parę minut przed szóstą. Trochę zdezorientowany, jeszcze nie do końca chyba zdaję sobie sprawę, że nie mam samochodu ani nawet roweru. Nic, co mogłoby uczynić drogę nieco mniej uciążliwą. Idę. Przechodzę może 500 metrów, kiedy z tyłu słyszę samochód. Zatrzymuje się. Miła pani, która w agroturystyce coś porządkowała przy jednym z domków zabiera mnie ze sobą. Podrzuca na sam rynek w Bieczu. No, jakoś się udało. Tylko co potem?

Atmosferę popołudniowego oczekiwania na koncert można wyczuć. Wolontariusze w granatowych, festiwalowych koszulkach kręcą się między biurem Festiwalu a kolegiatą Bożego Ciała, w której ma się on odbyć. Przychodzę ze sporym wyprzedzeniem, zajmuję miejsce w jednym z pierwszych rzędów, zresztą nie tylko ja. Po paru minutach ktoś z organizatorów wyprasza nas z ławek, bo „te miejsca są zarezerwowane dla zaproszonych gości”. Starsza pani, która ze swoim mężem siedzi obok, mówi:
− Państwo nie jesteście zorganizowani, czemu nie położyliście karteczek, że jest rezerwacja?

Trzeba jej przyznać rację. Ale to jedyny taki incydent. Głośny opór uczula kobietę, która nas wyprosiła, żeby nie wpuszczać publiczności, zanim kościół nie będzie przygotowany do koncertu. Choć o naszej sympatii mogła zapomnieć.

Tak więc siadam gdzie indziej, w połowie kościoła, z niezłym widokiem na prezbiterium. Sam kościół od razu, kiedy do niego wszedłem, zaskoczył mnie zupełnie.

Bogactwo wystroju, nie będące jednocześnie przesytem, nienachalny monumentalizm, ale i głębia, a nade wszystko średniowieczny kurz, który unosi się nad ołtarzem. Wyjątkowa przestrzeń do kontemplowania piękna, pomyślałem. Wreszcie się zaczyna. Po kilku przemówieniach (całkiem przyjemnych) do głosu dochodzi to, co stało się powodem mojej podróży na drugi koniec Polski, a przede wszystkim fundamentem całego 6-dniowego Festiwalu. Muzyka.

Kilkanaście dawnych wiolonczel i wiol, klawesyn i pozytyw. Za nimi zajmuje miejsca czwórka artystów związanych z Francją – LesBassesReunies. Wśród nich Bruno Cocset, raczej zamyślony, niż radosny lider zespołu, wiolonczelista w świecie muzyki dawnej niemalże kultowy. Wiem o tym sam, jego płyta, na której zarejestrował komplet suit wiolonczelowych Bacha, zajmuje w moim zbiorze szczególne miejsce. Brzmią pierwsze dźwięki. Muzyka prawdziwie dawna, jeszcze XVI-wieczna. Program zakomponowany jest jako jedna, nieprzerywana oklaskami całość ukazująca początki wiolonczeli. Utwory na ten właśnie instrument przeplatają interludia grane na pozytywie. Ale nie mogę się skupić, coś mnie od tych szlachetnych dźwięków odciąga. Między innymi myśl o konieczności powrotu późnym wieczorem. Jest w tym także złość, brak akceptacji, nawet chęć wyjechania stąd najbliższym autobusem. Przecież słyszę, że jest w grze tych muzyków wysmakowanie, intelektualizm. Nie jest to program łatwy ani dla wykonawców, ani dla słuchacza. Zostawia w mojej pamięci wrażenie bardzo ogólne, swego rodzaju dźwiękowej plamy, której przez część doświadczeń z tego dnia, nie potrafię docenić. Jakoś wracam do Belnej, by po paru chwilach rzucić się zmęczony na łóżko.

Środa, 7 sierpnia
Jeden problem zażegnany – na parterze kompleksu, w którym nocuję, jest zbiorowe śniadanie, przygotowane przez właścicielkę. Tak też będzie dzień w dzień (obiady będę jadał w samym Bieczu). A na tym śniadaniu sami goście Festiwalu, nawet ktoś z technicznej obsługi, „panowie dźwiękowcy”, jak od tej pory będzie się ich nazywać. Wśród tego grona są też ludzie ze Śląska, jest lekarka z Warszawy z mężem oraz skrzypaczka z Krakowa, nauczycielka, muzyk tamtejszej Filharmonii. To właśnie ona ratuje mój wyjazd. Okazuje się, że na każdy koncert jeździ samochodem i od tej pory będzie mnie ze sobą zabierać. Doprawdy, to się nazywa mieć szczęście.

Większość dnia spędzona w Bieczu. Zwłaszcza centrum tego niewielkiego miasta, położone na wzgórzu, ma charakter historyczny. Jeden ze słuchaczy, chyba sporo jeżdżący po świecie, powiedział, że: „w tej części Europy z miast podobnej wielkości, Biecz ma najwięcej zabytków w przełożeniu na kilometr kwadratowy”. Nietrudno w to uwierzyć. Sporo renesansowych kamienic, dobrze zachowane fortyfikacje, ratusz świadczący o dawnej świetności, wreszcie zabytki kultury sakralnej, może najcenniejsze.

Część koncertowa drugiego dnia Kromer Biecz Festival sprowadziła się do wieczornego recitalu Sirkki-LiisyKaakinen-Pilch na skrzypcach barokowych. Wśród tłumu słuchaczy, którzy gromadzą się przed nieco mniej okazałym, franciszkańskim kościołem, zauważam już znajome twarze: starszego pana w krótkich spodenkach i garniturowych butach, miejscową entuzjastkę, młode małżeństwo z Tarnowa, z którym wymieniam uśmiechy, a od następnego dnia – obserwacje. Ogólniki, które przed wejściem dało się słyszeć („Sirkka to świetna skrzypaczka”), w trakcie samego koncertu zyskały ciężar. Recital na skrzypce solo. A więc coś, co wymaga wielkiego skupienia, kierując myśli słuchaczy w stronę głębi, czy jak to określił we słowie wstępnym do koncertu Jakub Puchalski – metafizyki.

W słowie tym mogłoby zamknąć się to, co się tego wieczoru zdarza. Pierwszą część Kaakinen-Pilch otwiera dwoma anonimowymi utworami z roku ok. 1600. Po nich wykonuje suity Vilsmayra i Westhoffa, kompozycje reprezentujące mało dziś znany nurt niemieckiej, przedbachowskiej szkoły gry na skrzypcach. W koncepcji programowej tego koncertu te – i tak niepozbawione głębi dzieła – mają stanowić dramaturgiczny wstęp do Passacaglii g-moll na skrzypce solo Bibera, zakończenia Sonat różańcowych, muzycznego komentarza do jednego z najistotniejszych fragmentów Biblii. Kilkominutowa kompozycja, zbudowana wokół czterech opadających dźwięków g – f – es – d, swoją tragiczną wymową w interpretacji Sirkki wytwarza aurę całkowitego zanurzenia w muzykę, która w trakcie skupionego, przeżywanego przez artystkę i słuchaczy wykonania, nabiera transcendencji.

Milczenie. Doskonała cisza. Passacaglia się kończy. Skrzypaczka zastyga w bezruchu, wreszcie, po dłuższej chwili znika za ołtarzem. Zrywa się burza oklasków, które po raz pierwszy wybrzmiewają tego wieczora. Tworzy się jakaś wspólnota, która odczuwa podobnie. Każdy jej członek wie, że przed chwilą wydarzyło się coś wyjątkowego, moment dotarcia do sedna sztuki. Tu wszystko ma swoje miejsce, nie ma przypadkowości, jest skupienie.

Po może siedmiu czy ośmiu minutach Sirkka-Liisa wraca, by zagrać III Partitę skrzypcową Johanna Sebastiana Bacha. To już inna rzecz, nie bez humanizmu czy pogłębienia, ale przemawiająca innym językiem. Przenikliwa tonacja E-dur oznacza w tym przypadku afirmację życia, pełnię witalnej motoryki, z rzadka tylko przerywanej retorycznymi znakami zapytania, które pod palcami Kaakinen otrzymują właściwą sobie wagę.

Koniec. Koncert Sirkki-LiisyKaakinen-Pilch miał wszelkie cechy doświadczenia mistycznego, zahaczającego o wyjaśnienie istoty muzyki poprzez nią samą, nie wspominając o niedoścignionym poziomie kunsztu i wykonawczego artyzmu. Taka właśnie refleksja nachodzi mnie po wybrzmieniu ostatnich dźwięków Bachowskiej Partity, choć przez ten wieczór i następne dni nie znajdę właściwych słów, aby wyrazić wdzięczność okolicznościom, które mnie do Biecza zawiodły i nie pozwoliły wyjechać w środowy poranek.

Czwartek, 8 sierpnia
Wczesny początek końca koncertowego tygodnia bieckiego Festiwalu Kromera zwiastuje intensyfikację ilości koncertowych prezentacji, chociaż po wyciszeniu i odpowiedziach, które przyniósł środowy recital fińsko-polskiej skrzypaczki, wykonawcy następnych koncertów mają niełatwe zadanie przykucia uwagi publiczności, która słyszała już wzorcowe wykonanie.

A więc dwa koncerty w – odpowiednio – kolegiacie i kościele franciszkańskim pw. św. Anny. Rozpoczyna {oh!} Orkiestra Historyczna, formacja związana z Katowickim NOSPR-em, prowadzona przez skrzypaczkę i pedagoga tamtejszej uczelni, Martynę Pastuszkę, która sama wprowadza słuchaczy w charakter kolejnych kompozycji i informacje dotyczące wykonawczej kuchni. Za myśl przewodnią obrano concerti grossi Francesco Scarlattiego (członka familii, z której wywodzili się także bardziej rozpoznawalni Alessandro i Domenico) i umieszczono je w kontekście angielskiej emigracji kompozytora, nadając wydarzeniu podtytuł An émigré to the British Isles. Ów kompozytor, znajdujący się nieco na uboczu kanonu muzycznego baroku, działał przede wszystkim na obczyźnie, w Wielkiej Brytanii, w Londynie, który w XVII i XVIII wieku stanowił szczególnie podatny grunt dla koncertowych podróży muzyków i kompozytorów przybyłych z kontynentu (żeby przywołać nazwisko Haydna, który swe najdojrzalsze symfonie nazywa „londyńskimi”, śpiewaków Farinellego i Senesina, czy młodego Mozarta). W roku 1770 zachwyt Anglików najpełniejszy literacki wymiar znajduje w zapiskach Charlesa Burneya z inspirującej podróży po najistotniejszych ośrodkach muzycznych Italii.

W grze {oh!} nie brakuje niczego, jedynie akcent położony jest na inną sferę oddziaływania muzyki, niż repertuar środowego koncertu. Tu króluje wirtuozeria, zwłaszcza ta zespołowa, potęgowana przez wrażenie „kameralistyki orkiestrowej”, świetnego wzajemnego kontaktu muzyków zespołu pod charyzmatycznym przywództwem Pastuszki.

Koncert o godzinie 22:30 z założenia zdaje się być zarówno dla wykonawców, jak i odbiorców rodzajem eksperymentu, testem percepcji, wytrzymałości, wreszcie wystawieniem niedoskonałej fizjologii, potrzeby snu, na próbę. Dawna muzyka jednak o tej porze wybrzmiewa w sposób bardzo czuły, intymny i w tej pozbawionej barier intymności – bliski. Zawieszenie między jawą a snem oznacza wyczulenie na delikatność i wszelkie subtelności. A koncert Marka Toporowskiego nie jest od nich wolny. Fortepianowe, czy może słuszniej: pisane na pianoforte kompozycje zmarłego w wieku 21 lat George’a Fredericka Pinto, niezależnie od swoich długich i romantycznie wydumanych – choć jednocześnie rzeczowych – tytułów, przemawiają w sposób bezpośredni. Taki jest też styl wykonawczy Marka Toporowskiego, który w swojej wszechstronnej pasji do odkrywania niedocenianych rarytasów, zaraża nią publiczność. Pinto Toporowskiego zawieszony jest pomiędzy elementami klasycznego rygoru, a ekspresją o romantycznej, wybiegającej o kilkanaście lat wprzód proweniencji. A wśród kilku innych kompozycji rzecz niemal niespotykana – tonacja es-moll, której użycie Jakub Puchalski przedstawia jako „dążność do metafizyki”, przecież – jak sugerował środowy recital Kaakinen-Pilch – chyba najistotniejszego elementu bieckiego święta muzyki dawnej.

Piątek, 9 sierpnia
Tego dnia również dwa koncerty, w identycznym układzie czasowo-przestrzennym, choć tym razem już nie tylko instrumentalne. Podczas pierwszego z nich polsko-słowacka grupa Le nuovemusiche (której nazwa zainspirowana jest nurtem obecnym w pojmowaniu sztuki muzycznej przez przedstawicieli Cameraty florenckiej, istotnego dla historii muzyki barokowej ugrupowania artystów i mecenasów z końca XVI stulecia) wykonuje pomniejsze dzieła religijne Claudio Monteverdiego, przeplatane instrumentalnymi łącznikami autorstwa innych kompozytorów.

W tym wszystkim dwie słowackie śpiewaczki: Hilda Gulyás i Jarmila Balážová . Swoje partie wykonują ze smakiem, wyważeniem i starannością. Serce dramaturgiczne wydarzenia stanowi Piantodella Madonna Monteverdiego, muzyczna pietà, pełna boleści i rezygnacji, afektu o wyjątkowej sile rażenia. Jak słychać w kuluarach „jedno z głębszych” wrażeń dotychczasowych festiwalowych prezentacji.

Nocny koncert otwiera dwudniowy cykl, w trakcie którego wybrzmiewają wszystkie partity Bacha przeznaczone na instrument klawiszowy. Pierwsze trzy na klawesynie wykonuje Martin Gester, który poza zasługami na polu wykonawczo-badawczym jest człowiekiem pogodnym, uśmiechniętym i pozbawionym jakiejkolwiek nieprzystępności. Jego interpretacja jest wnikliwa i sprawna, choć – trudno odgadnąć, czym to jest spowodowane – niekiedy zdarza się artyście zahaczyć o przypadkowe klawisze.

Sobota, 10 sierpnia
Martin Gester stał się również wykonawcą następnego, sobotniego koncertu, wypełnionego zupełnie innym repertuarem. W drewnianym, unikalnym kościele w położonej parę kilometrów od Biecza Binarowej, interpretuje on szereg kompozycji francuskich klawesynistów, przedstawiając świat emocji, pewnej teatralności właściwej XVIII-wiecznej muzyce instrumentalnej pisanej dla królewskiego dworu. Couperin, Forqueray, Duphly – ich muzyka wzbogacona o komentarz Barbary Schabowskiej. Doznanie o szczególnej intensywności.

Gwiazdą drugiego z koncertów miała być Olga Pasiecznik, jednak niedysponowana znalazła godne zastępstwo w osobie Dagmary Barnej, zresztą swej uczennicy i sopranistki specjalizującej się w wykonywaniu właśnie muzyki barokowej. I taką prezentuje w Bieczu. Z towarzyszeniem doborowych muzyków (Bruno Cocset, Lilianna Stawarz, Henryk Kasperczak i Maciej Kończak) Barna wykonuje szereg kompozycji Haendla, Bononciniego i Cavallego, skontrastowanych z – nie zawsze nieznacznych rozmiarów – utworami przeznaczonymi na instrumenty. Spośród nich gabarytami i ciężarem gatunkowym pozostałe deklasuje sławna Chaconne z II Partity Bacha na skrzypce solo w klawesynowej transkrypcji. Kultura wokalna Dagmary Barnej w połączeniu z wyczuleniem instrumentalistów daje efekt, który każe potem słuchaczom mówić o tym występie, jako o „objawieniu” się wyjątkowego talentu. Śpiewaczka potęguje podobne opinie, wykonując na zakończenie koncertu przebój, arię Lasciachiopianga z Haendlowskiego Rinalda.

Sobotniego nasycenia dopełnia ostatni z koncertów, nocny recital Marka Toporowskiegoz pozostałymi trzema partitami z Bachowskiego cyklu. Barbara Schabowska w zapowiedzi zwraca uwagę na liczbowy aspekt tych kompozycji, wewnętrzne komplikacje struktury, niemożliwe do wysłyszenia, a będące jakąś formą wzbogacenia zastosowanej
w utworach dialektyki. Marek Toporowski – tym razem już nie na pianoforte, a na klawesynie – pochyla się nad dziełem Bacha z pieczołowitością, co owocuje bardzo ciepłym, choć już parę minut po północy, przyjęciem.

Niedziela, 11 sierpnia
Ostatni dzień festiwalowych uniesień stanowi klamrę, w której próbuje się dotrzeć do miejsc, których się dotychczas nie zwiedziło, spróbować miejscowych specjałów, złapać z ducha miasta tyle, ile jeszcze się da.

Pod względem koncertowym zaczyna się kameralnie – wczesnopopołudniowy koncert w Binarowej. Młoda skrzypaczka Katarzyna Olszewska we współpracy z Markiem Toporowskim (którego nie ma już potrzeby przedstawiać) i gambistą oraz kontrabasistą Krzysztofem Firlusem wykonują szereg sonat triowych, solowych oraz triów z pogranicza bardzo późnego baroku i klasycyzmu. Są wśród nich zarówno te reprezentujące bezpretensjonalny niemal styl galant, jak i bardziej subiektywne. Jedne z późniejszych, jakie podczas cyklu festiwalowych koncertów wybrzmiewają.

Finał powiązano z obchodami przypadającego na rok 2019 Roku Wazowskiego. Z tego powodu nosi on tytuł „Muzyka epoki Wazów” i składa hołd muzyce polskiej tamtych czasów (z nielicznymi odstępstwami). Wartość samą w sobie stanowią także zagraniczni wykonawcy (His MajestysSagbutts and Cornets), wchodzący w twórczy dialog z polskimi artystami (Narol Baroque, sopranistka Marta Boberska i prowadzący całość Władysław Kłosiewicz). Koncert ten ma raczej wymiar celebracyjny, jednorazowy, cechuje go przepych brzmieniowy, dający wyobrażenie o faktycznym wykonawstwie na królewskim dworze XVII-wieku. Widok z wysokości organów (na które się samowolnie i z braku miejsca na dole – wdrapałem) daje szczególną okazję podziwiania wszystkiego z innej perspektywy, może nieco zaburzonej, ale adekwatnej do tematyki samego koncertu.

Tak zamyka się Kromer Biecz Festival w roku 2019.

Jest to doświadczenie, którego nie sposób zamknąć w rzeczowym, werbalnym opisie. Daje on tylko ogólne, mgliste wyobrażenie. Na całość takiego doznania poza samą muzyką i wynikającymi z niej kontekstami, wpływa skupienie słuchaczy, a także architektura. Bo przestronność Biecza jako założenia urbanistycznego, jego przemyślność, porządek, są czymś, czego w wielu miastach Polski nie sposób odnaleźć. Wreszcie, stąd właśnie pochodził humanista, człowiek renesansu, Marcin Kromer, którego nazwisko na stałe wpisało się w nazwę największego festiwalu muzyki dawnej w tej części kraju.

I w tym wszystkim muzyka. Do tego właśnie ta, dawna. To, że przenosi ona wnikliwie słuchającego w inny wymiar, to zaledwie frazes, ale niepozbawiony prawdziwości. Dawne wieki, kiedy technika nie stała jeszcze na tak zaawansowanym poziomie, jak dziś, pozwalały na większe skupienie, wydobycie z ciszy istoty sztuki. Tego sedna biecki festiwal oferował zaskakująco wiele. We wszystkich wykonaniach podczas sześciu długich, festiwalowych dni nie brakowało faktycznych poruszeń, jak gdyby artyści w swoim kunszcie zespolili się z unikalnym klimatem „małego Krakowa” i z odbiorcami, którzy łaknęli doznań wyjątkowych i najgłębszych.

Jedynie od słuchacza zależało, czy pozwoli sobie na całkowite wniknięcie w wielowiekowe piękno sztuki dźwięków, której trwałość dziś, po 400 latach, zadziwia i zachwyca.

Reportaż zdobył główną nagrodę w 3. Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż “Mam Muzykę…”, adresowanym do młodzieży.