WROCŁAW: Agata Karczewska – precyzyjnie skrojony koncert

Ustawili krzesła. Więc nie będziemy tańczyć. Czeka nas akustyczny występ solo, country w stylu kawiarnianym, w formie poezji śpiewanej – tak sobie pomyślałam. A potem zobaczyłam scenę zastawioną instrumentami. Agata Karczewska wystąpiła we Wrocławiu z trzyosobowym zespołem w składzie standardowym: perkusja – bas – gitara. Nie byłabym zawiedziona, gdyby było solo i akustycznie, bo ona w swoim głosie zdaje się mieścić moc porządnego big-bandu. Ale jej zespół nie był od rzeczy. Szczególnie w takich utworach jak: „Crave”, „My Name Is Eve”, „Harvest” czy „Go Ahead” można było docenić jego brzmienie, które dodawało mocy tym piosenkom, nieznanej ze studyjnych wersji i które w coverze zespołu The Lone Bellow „You Never Need Nobody” zagrało w autorski sposób. Wszystko było ekspresyjne, wyraziste, robiące wrażenie na publiczności, ale takie jakby w sam raz przycięte do granic obrazu.
Nie piszę o tym jak o zarzucie, ale raczej fenomenie, że w precyzyjnym kroju może się kryć artystyczna indywidualność. Chodzi mi o krój, bo to, co tworzy Agata Karczewska jest właściwie kostiumem, szytym na miarę i takim, którego nie nosi się w częściach, którego nie łączy z elementami garderoby w innym stylu, nie kompiluje, który nie pozostawia przestrzeni na występy z innym repertuarem, na historie opowiedziane w inny sposób, na piosenki w języku polskim. Agata Karczewska na pierwszy rzut oka i po pierwszych wrażeniach muzycznych jest postacią jak z komiksu o piosenkarce country – bohaterką, która przez kolejnych kilkadziesiąt numerów czasopisma wciąż rysowana jest tą samą kreską, w tym samym kostiumie. Sympatyczną, ale zdefiniowaną od początku do końca, grającą określoną rolę.
W niezwykły sposób jednak ją odgrywa, skoro jej występ w niczym nie przypomina przedstawienia, a jest rzeczywiście KONCERTEM o wysokim standardzie. Takim, podczas którego dzieją się niekontrolowane rzeczy i w niespodziewany sposób słyszy się prawdę, która targa emocjami; takim, który odbiera się indywidualnie, a nie wedle koncepcji scenariusza. I nie wiem, jak ona to robi, że przy tak precyzyjnie skrojonym kostiumie przekazuje coś, z czym ma się wrażenie obcowania po raz pierwszy, a jej piosenki nie brzmią jak covery czegoś z Ameryki a bardzo osobisty, bardzo autorski rodzaj sztuki. Ja na takim koncercie jeszcze nigdy nie byłam – podczas którego oczywistość staje się czymś niezmierzonym, coś z gruntu proste – odmienia życie. „Dzięki Agata!” – wołali ludzie na pożegnanie. Bo gdy dostaje się coś takiego, trudno nie dopuścić do głosu wdzięczności.
21 listopada 2025, Wrocław, Firlej



