FARKA.press

Portal Kultury i Reportażu

Spłaciliśmy dług wobec naszych przodków

rozmowa z Igą Strojny i Maksymilianem Ludwą, twórcami filmu „Tarzan. Dzieci tej ziemi”

Małgorzata Kmiecicka

Iga Strojny jest reżyserką, która – mimo młodego wieku – może już pochwalić się licznymi sukcesami artystycznymi. Choć głównie zajmuje się kinem eksperymentalnym, jej ostatni projekt pt. „Tarzan. Dzieci tej ziemi” ma charakter historyczny. Film opowiada o kapralu Ignacym Boduchu, który w lipcu 1945 roku został zamordowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. W tę postać wcielił się Maksymilian Ludwa. Premiera odbyła się 26 lipca 2025.

Fot. Małgorzata Kmiecicka

Skąd wziął się pomysł na właśnie taką tematykę? Interesujesz się historią, czy była po prostu jakaś konkretna sytuacja w twoim życiu, która cię zainspirowała?

Iga Strojny: Ja historią interesuję się właściwie od momentu, kiedy podjęłam się po raz pierwszy udziału w konkursie ogólnopolskiej Fundacji Patria Nostra. Jest to konkurs na sześćdziesięciosekundowe wideo, opowiadające o danym wydarzeniu w danym dniu z historii Polski. Zajęliśmy drugie miejsce wśród wszystkich województw południowych i Polonii Zagranicznej i stąd jakoś tak się rozpędziliśmy – de facto od tego momentu, kiedy zaangażowaliśmy Kacpra Gądka do naszego sześćdziesięciosekundowego projektu. Podszedł do nas w takiej sytuacji prywatnej, na weselu jednego ze strzelców jednostki strzeleckiej w Dąbrowie Tarnowskiej i zaproponował mi podjęcie się tematyki Wołynia. Projekt ten jednak poszedł w odstawkę. Mimo tego, że scenariusz był napisany, narzucono nam temat właśnie Ignacego Boducha, czyli człowieka, o którym serio nic nie było wiadomo i kompletnie nie było żadnych informacji poza Instytutem Pamięci Narodowej.

Zobaczyłam, że spotkałaś się z osobą, która osobiście znała pana Ignacego Boducha. Jak bardzo były pożyteczne te informacje, które przekazała? Czy to był jego jakiś przyjaciel?

IS: Był to pan o nazwisku Bartoszek, on był właśnie z okolic Odmętu – tam, gdzie urodził się Ignacy. Miał 10 lat, kiedy zginął Ignacy Boduch z rąk siedmiu funkcjonariuszu UB i ta informacja rozniosła się po prostu jak plotka po całej wsi. Wszyscy też przyszli zobaczyć ciało Ignacego, dlatego ten człowiek był bezpośrednim świadkiem tej historii.

Z postów na stronie facebookowej Projekt filmowy „Tarzan. Dzieci tej ziemi” wynika, że pierwsze spotkanie organizacyjne odbyło się w połowie roku 2024, ale podejrzewam, że praca nad scenariuszem zaczęła się wcześniej, kiedy to było?

IS: Praca nad scenariuszem zaczęła się dokładnie tego samego dnia.

Czyli to było tak, że spotkaliście się wszyscy razem i wtedy podzieliliście się pomysłami?

IS: Tak, i wtedy podzieliliśmy się pomysłami, zaczęliśmy zbierać to w całość. Potem już bezpośrednio ja pisałam scenariusz. Podjęłam się tego całkowicie, ze względu na to może, że mam indywidualistyczne zacięcie, więc raczej wzięłam to wszystko po prostu na siebie.

Wzięłaś to wszystko na siebie, czyli na pewno było to duże wyzwanie, całe przygotowanie tego scenariusza.

IS: Na pewno to było dla mnie pewne wyzwanie, szczególnie dlatego, że nie miałam żadnego pojęcia o kręceniu filmu – dosłownie żadnego. Ja jestem bardziej fotografem i w tym akurat mam doświadczenie – w fotografii przede wszystkim portretowej – ale działałam na tych umiejętnościach, które gdzieś tam już dotychczas posiadałam i de facto to był skok na głęboką wodę.

Podczas projekcji tego filmu w Tarnowie też mówiliście o tym, że w zasadzie sprzęt był praktycznie najbardziej podstawowy.

IS: Sprzęt był mojego taty, który pasjonuje się od 20 lat fotografią, i po prostu był w szafie. Pozyskaliśmy dofinansowanie od osób prywatnych na dokupienie pewnych rzeczy, takich jak gimbal, mikrofon w systemie Rode. Natomiast wiadomo, nie pozwoliło to na jakiś wielki przeskok technologiczny, ale już na przykład stabilizator obrazu pomógł nam troszkę bardziej uprofesjonalnić te kadry.

A jak to się stało, że zebrałaś taką grupę aktorów, czy po prostu był jakiś casting?

IS: To są przede wszystkim moi najbliżsi ludzie. Castingi, powiedzmy, że nie były w takiej formie, jak wszyscy by się spodziewali. Raczej jeśli ktoś miał ochotę przyjść do nas, to po prostu dla tej osoby pisałam bezpośrednio rolę. Z Maksymilianem Ludwą przyjaźnimy się już od lat, więc wiedziałam, że ma niesamowite zdolności aktorskie i też my jesteśmy aktorami Teatru IKS. To są przede wszystkim ludzie niezwykli, nieodkryci, ale też ludzie, którzy mają ogromną pasję do tego co robią. Ta grupa też została ujednolicona i teraz już w kolejnych projektach dalej i dalej działamy. Ostatnio – to jeszcze może dopowiem – dostaliśmy się na festiwal z kolejnym projektem, który stworzyliśmy bezpośrednio po „Tarzanie”, jest to czterominutowy film awangardowy.

A jak się nazywa?

IS: „Maria”. Na razie jest niedostępny ze względu na festiwale, w których bierzemy udział – byliśmy prezentowani na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Niezależnych „Publicystyka” w województwie opolskim.

Czyli rozumiem, że nie zatrzymujecie się i jakieś plany na kolejne projekty są. Czy coś zdradzisz?

IS: Tak, pozwolę sobie zdradzić. Będzie to film dotyczący półświatka narkotykowego – bardzo mocny temat – pt. „Wrona”. Scenariusz już jest gotowy, napisany i prace nad tym filmem będą trwać mniej więcej od stycznia 2026 roku. Również będą brać udział powiedzmy: „odsiani” aktorzy z „Tarzana”, którzy mają już jakieś doświadczenie sceniczne, przede wszystkim sceniczno-teatralne, ale również filmowe. Pomiędzy powinny pojawić się również niektóre filmy awangardowe, bo przede wszystkim awangardą się zajmujemy, czyli eksperymentem filmowym, i wiem, że to w miarę nam wychodzi.

Czyli ten kolejny projekt będzie już zupełnie inny? Już nie historyczny, tylko taki bardziej pokazujący współczesne realia.

IS: Historia jest bardzo ważna, natomiast my musimy troszkę od tego tematu chwilę odpocząć ze względu na to, że to są bardzo trudne projekty – ze względu na ograniczenia finansowe, stroje, rekwizyty, i też na razie nie czujemy takiego powołania, żeby dalej kontynuować historyczne projekty. Myślę, że już w pełni spłaciliśmy jakiś dług wobec naszych przodków tymi dotychczasowymi projektami, związanymi z Patrią Nostrą, bo było ich aż trzy. Teraz „Tarzan”, chyba na razie wystarczy nam tej tematyki.

Co było dla Ciebie, jako aktora grającego główną rolę, największą przeszkodą podczas całego procesu tworzenia?

Maksymilian Ludwa: Myślę, że przeszkodę stanowiło to, że był to dla mnie tak naprawdę pierwszy raz przed kamerą. Mam większe obycie ze sceną teatralną. Należę do tarnowskiej grupy teatralnej IKS, dlatego bliżej mi do sceny niż do wystąpień przed kamerami. To było nowe doświadczenie i na pewno do tego trzeba się było przyzwyczaić, nastroić. Trzeba było trochę zmienić podejście, dlatego, że grać na scenie, a grać przed kamerą to są dwie różne rzeczy. Na pewno też fakt, że to jest rola wojskowa – ja raczej do wojska stworzony nie jestem.

Ale jednak w filmie było kilka takich scen, kiedy właśnie krzyczałeś, kiedy potrafiłeś tak stanowczo coś powiedzieć.

ML: Tak, bo bardzo mocno starałem się wczuć w tę rolę wojskowego – człowieka, który musi przejąć jakąś inicjatywę. Jak próbuję wczuć się w jakąś rolę, to staram się jak najgłębiej wejść w buty tej postaci i wyobrazić sobie jak by ta postać postępowała i myślała. Próbowałem sobie wyobrazić, że ja dowodzę grupą, że ode mnie coś zależy, że ja jestem teraz w wojsku. To są takie techniki, które stosuję, żeby się w taką postać wczuć. Co do przeszkód to na pewno tutaj odniosę się do tej niesławnej siekiery. Było dużo rzeczy, które odebrałem jak wrzucenie na głęboką wodę – na przykład scena rąbania drewna, czy koszenia. Dla niektórych są to może normalne aktywności. Ja nigdy wcześniej w życiu nie trzymałem kosy w ręce. I nikogo tam nie było, żeby nam pomóc, powiedzieć: „Ej słuchajcie, tę siekierę wymieńcie” albo coś takiego. Robiliśmy, po prostu, co mogliśmy i jak mogliśmy najlepiej. Zmierzam do tego, że przeszkodami były takie pomniejsze rzeczy.

Takie bardziej sprawy techniczne?

ML: Tak, sprawy techniczne. Myślę, że tutaj problemem były pojedyncze sceny, fragmenty scenariusza, które trzeba było odegrać niż całokształt roli jako takiej.

Mówisz, że starasz się tak wejść w buty tej postaci, którą grasz. Czy po tak długim czasie spędzonym jako odtwórca Ignacego Boducha coś zmieniło się w Twoim życiu, światopoglądzie?

ML: Na pewno mam teraz większy szacunek do takich postaci, jakim był Ignacy Boduch czy ogólnie partyzantów. Odgrywanie go to nie było najprostsze zadanie. Wiem, ile jako odtwórca roli musiałem przejść, a tutaj mówimy o odegraniu człowieka, który przeszedł kilkadziesiąt razy więcej niż w filmie było ukazane. Zawsze miałem szacunek do historii i bohaterów historii, ale teraz mam powód, dla którego ten szacunek jeszcze bardziej wzrasta.

Tak, bo tak jakby przeżyłeś tę historię Ignacego Boducha.

ML: Tak, bo przeżywasz historię tego człowieka i zbliżasz się do niego. Widzisz, że szacunek i honor, cześć, oddawane tym bohaterom są im zasłużone i to należy właśnie wspomnieć. Odgrywanie takiej roli na pewno zbliża do tych postaci historycznych. A też tak na marginesie można powiedzieć, że znajomości się bardzo zacieśniają na planie, przykładowo między mną a odtwórcami roli Zosi czy Antoniego. Gdzieś przybliża do siebie odkrywanie wspólnych scen.

Jaka była dla Ciebie najmocniejsza scena – taka, która najbardziej zapadła Ci w pamięć albo też poruszyła?

ML: Na pewno scena samobójstwa, albo próby samobójczej raczej. To była scena emocjonalna, to była scena, w której starałem się faktycznie wzbudzić w sobie silne emocje. Tak samo scena modlitwy, bardziej scena modlitwy nawet, bo na scenę samobójstwa byłem w miarę przygotowany, natomiast modlitwa była całkowicie improwizowana przeze mnie. Po prostu postawiono kamerę, powiedzieli: „No, Maks, weź tam, pomódl się”. To była całkowicie zaimprowizowana scena. Wstałem po tej modlitwie i zaskoczyłem sam siebie, że byłem w stanie aż takie emocje w sobie wzbudzić na potrzeby po prostu improwizacji, tak że myślę, że ta scena modlitwy i samobójstwa – one były najbardziej emocjonalne dla mnie. Do tego stopnia, że musiałem po nich ochłonąć.

Iga mówiła też o tym, że macie kolejny projekt w planie. Czy Ty będziesz w nim uczestniczył?

ML: Tak, w drodze jest film pt. „Wrona”. Jest to film, który będzie trochę o świecie takim mafijnym, o świecie patologii, o świecie nastolatków uwięzionych często w machinie narkotyków i o tym, że właśnie za ludzkim nieszczęściem, jakim są narkotyki, uzależnienie, bardzo często stoi inny człowiek, który bezwzględnie jest w stanie truć innego człowieka i niszczyć go własnymi rękami. W tym filmie będę akurat odgrywał czarny charakter. Będę młodocianym liderem pomniejszej grupy zajmującej się dystrybucją narkotyków.

Czy to będzie jedna z głównych ról?

ML: Główny antagonista. Główną rolę akurat będzie odgrywał Szymon Sznajder, o ile się nie mylę, który też tutaj grał w „Tarzanie” brata Zosi, zdrajcę. On będzie miał główną rolę – chłopaka z biedoty, z trudnej rodziny, w której chyba tylko matka z nim została, natomiast ja właśnie będę odgrywał czarny charakter. Będę liderem grupy narkotykowej, który jest bezwzględnym psychopatą, w białych rękawiczkach niszczącym życie nie tylko głównego bohatera, ale ogólnie wielu ludzi. Rola, która, mam nadzieję, wyjdzie mi dobrze, do której staram się też powoli przygotowywać, natomiast dopiero dostaję fragmenty scenariusza.

FARKA.press
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.