RECENZJA: „John Coltrane. Opowieść o brzmieniu” Ben Ratliff
Myślę, że każdy artysta chciałby, żeby powstała o nim taka książka. Nie o tym, jakich zajęć się imał, by zarobić na życie, z kim się spotykał, gdzie jeździł na wczasy, jak traktował sąsiadów, ale o tym, co tworzył. Artysta widziany przez pryzmat swojej sztuki a nie życiorysu – takie biografie to rzadkość. A Ben Ratliff podąża jeszcze dalej ku niecodzienności i pisze właściwie nie biografię Johna Coltrane’a, a dokładnie to, co zapowiada tytuł – opowieść o brzmieniu.
Najtrafniej ujął to Filip Łobodziński, autor tłumaczenia, w opisie zamieszczonym na okładce: „Książka Ratliffa to fascynująca opowieść o tym, jak rodzi się sztuka i jakie ma konsekwencje, jak sieje ziarno, zbiera plony i jak te plony rozkwitają lub obumierają. To opowieść o tym, jak nadajemy sens naszemu życiu i co z tego sensu rozumieją potomni”. W tych dwóch zdaniach jest wszystko, lepiej nie da się streścić książki Bena Ratliffa „John Coltrane. Opowieść o brzmieniu”. Dokładnie o tym ona jest, zgodnie z opisem, zgodnie z zapowiedzią, zgodnie z tytułem. Właściwie nie o muzyku, którego nazwisko widnieje na okładce, ale o tym, co tworzył, jak tworzył, o tym, co nadawało sens jego życiu, o (skróćmy) – sensie życia artysty. I jako taka miałaby sens nawet gdyby w jej treści nie podano żadnego prawdziwego nazwiska. Bo świetnie sprawdza się w wymiarze uniwersalnym, jako swojego rodzaju pomnik nieznanego artysty.
Czy wielbicieli Johna Coltrane’a taka lektura zadowoli? Nie wiem. Ale z pewnością mogą po nią sięgnąć ci, co o tym człowieku nie wiedzą nic, którzy w ogóle niewiele wiedzą o muzyce jazzowej lat 50. i 60. Taka wiedza nie jest potrzebna, żeby wciągnąć się w historię opowiedzianą przez Bena Ratliffa. Autor dzieli ją na dwie części: 1 – o muzyce Coltrane’a w ujęciu chronologicznym, 2 – o wpływie, jaki wywarła za jego życia aż po dzień dzisiejszy. Jest to zatem w pierwszej kolejności publikacja o muzyce – konkretnej, i z pewnością inaczej się ją czyta, gdy wie się o jakiej, gdy z pamięci odtwarza się w głowie te fragmenty utworów, które, czasem bardzo szczegółowo, opisuje autor. Jednak nieznajomość dyskografii Johna Coltrane’a z niczego nie wyklucza, bo Ben Ratliff pisze tak, że z miejsca sięga się po słuchawki i zasoby portali streamingowych. Myślę, że wiele osób skończy na tym, że będzie czytać tę książkę słuchając, ale czy przypadkiem nie o to w niej chodzi?
Dla czytelników, którzy, jak ja, nigdy nie zajmowali się tworzeniem muzyki czy grą na saksofonie Ben Ratliff czasem jest wymagający, bo znajdziemy w jego książce wiele tego typu opisów, które dla laika mogą brzmieć jak instrukcja obsługi jakiejś maszyny: „Mamy tu do czynienia z dalszym ciągiem maniery solistycznej z Village Vanguard z 1961 roku, z serią grup trzy-, cztero- i pięciodźwiękowych, już to powtarzalnych, już to granych razem, już to wreszcie na odwrót, niezmiennie jednak w szybkich seriach i długich ciągach szesnastek, które Jones dobudowuje gęstwiną kontrastujących figur rytmicznych”. Ale wielokrotnie Ratliff pisze też tak: „Dostrzegamy tu cierpliwość, może nawet pewne rozprężenie. Wstrzemięźliwość, oczekiwanie, aż z zespołu i jego publiczności zacznie wykluwać się z wolna prawda artystyczna. Powaga granicząca z czymś zagadkowym. Tak zachowuje się przybysz wkraczający na otwartą przestrzeń, na której atak może nadejść z dowolnej strony – zachowuje należytą asekurację, jest powolny i czujny”. Piękny język, jakim Ratliff opowiada, również o rzeczach skomplikowanych, czyni z jego książki bardzo przyjemną lekturę.
Przedstawia swojego bohatera jako „studium pokonywania demonów i dążenia do celu”, co pasuje do uniwersalnej postaci spełnionego, wybitnego artysty, ale jednak nie odbierajmy całkowicie znaczenia konkretnemu nazwisku, jakie widnieje w tytule. Jest to też pozycja biograficzna, choć raczej taka, która biografię Coltrane’a dopełnia, a nie konstruuje. Ben Ratliff zdaje się koncentrować na kolorycie, wycina monotonne fragmenty, pisze w sposób, w jaki komponuje się utwór. W tym sensie jego książka ma cechy dzieła artystycznego, ma brzmienie, rytm, koncepcję. Daleko jej do sztampowej pozycji hagiograficznej (bo Coltrane w niektórych kręgach jest świętym). I dzięki temu poznajemy głównego bohatera w sposób, w jaki zapewne chciałby być widziany, jaki pasuje do koncepcji opowieści o najwybitniejszym saksofoniście w historii.
Ben Ratliff tworzy ją między innymi ze słów autorytetów, świetnie dobranych cytatów z wypowiedzi ludzi ze świata muzyki. Ich jedno zdanie niejednokrotnie jest w stanie zastąpić rozwlekłe akapity. „Coltrane w jakimś sensie wszystkich potopił, bo sam ogarniał całość”. Ben Ratliff nie stara się odkryć przepisu jak to zrobił, nie podąża, często obieranym przez biografów, tropem „ujawniania tajemnic”, a z obiektywnym zachwytem pisze o tym, że jest to możliwe – tworzyć tak, by „potopić ich wszystkich”. I niech to będzie wskazówka dla współczesnych odbiorców sztuki oraz inspiracja dla tych, którzy chcą dzisiaj być artystami.

„John Coltrane. Opowieść o brzmieniu” Ben Ratliff
Wydawnictwo: Kosmos Kosmos
Dada premiery: 23.06.2025
ISBN: 9788397377714
