Moja droga pisarska jest drogą autentyczności i szczerości
rozmowa z Darią Galant – powieściopisarką, poetką, artystką sztuk wizualnych
Daria Galant od ponad trzech dekad obecna jest w polskim życiu literackim i artystycznym. Jej pisarstwo łączy poetycką wrażliwość z dynamiczną fabułą, obejmując literaturę obyczajową, fantastyczną, sensacyjną i filozoficzną. Jej twórczość jest intymną refleksją nad kondycją człowieka i artystycznym dialogiem z tradycją literacką. Jest artystką interdyscyplinarną, realizującą się na gruncie prozy, poezji, dramatu, a także sztuk wizualnych – filmu czy malarstwa. Rok 2026 zapowiada się bardzo obficie dla wielbicieli talentu Darii Galant, bowiem ukażą się aż dwa jej premierowe dzieła literackie.

Fot. archiwum autorki
W 2026 roku planuje Pani pokazać światu dwie swoje nowe publikacje – powieść sensacyjno-psychologiczną „Wyspa Konwaliowa” i tomik wierszy „Duchowość”. Wydaje się, że są to dwa zupełnie różne utwory. Czy pracowała Pani nad nimi w tym samym czasie?
Raczej tak, ponieważ zbiór „Duchowość” pisałam około dziesięciu lat. Moje tomy wierszy bardzo „rozciągają się w czasie”, dlatego że nie są pisane pod tak zwaną publikację, tylko stanowią raczej strumień świadomości i kontakt z sacrum. Jest to podobny proces, jaki towarzyszy mi w tworzeniu literatury – szczerości z tym, co przychodzi do mnie. Od momentu, gdy zaczęłam pisać „Wyspę Konwaliową” minęło chyba z osiem lat, w międzyczasie kilka razy zmieniała się energia tej powieści. Bo w mojej literaturze wszystko musi otrzymać swoją energię – powieści dojrzewają, jak ogród.
Zastanawia mnie warsztat twórczy artystów, którzy, jak Pani, realizują się w różnych dziedzinach sztuki. Czy tworzenie poezji wymaga innej koncentracji, natchnienia, nastroju, niż pisanie powieści sensacyjnej? Czy w jakiś sposób da się zarządzać tymi nastrojami – decydować „dziś będę pisać wiersze, jutro zajmę się dialogami i fabułą”?
Jestem twórcą interdyscyplinarnym, ale generalnie wywodzę się z literatury. Mam wykształcenie literaturoznawcze a samo pisanie, bycie pisarką towarzyszyło mi od początku mojej świadomości istnienia jako dziecko. Czyli odkąd pamiętam wiedziałam, że to jest moja droga życiowa, że będę pisać. Później dopiero zajęłam się filmem i sztuką wizualną, ale to zawsze było dopełnieniem literatury. W moim procesie twórczym to dzieło wybiera sobie formę jaką ma mieć. Na przykład pewne rzeczy mogę zrealizować wyłącznie jako film. Widzę to po prostu jako film. Powieść jest dla mnie zawsze mocno osadzona w swojej strukturze, w takiej atmosferze pisania powieści, dość rozłożonej w czasie, w którym to dużo dzieje się ze mną i z moimi bohaterami. Wiersze są też zupełnie innym rozdziałem.
Ale nie doświadczam czegoś takiego, że na przykład dzisiaj mam ochotę napisać wiersz, czy dzisiaj siadam do powieści. To wynika samo z siebie, czyli gdzieś na poziomie podświadomości wiem co będzie wierszem, co powieścią, co opowiadaniem. Ta forma, która jest we mnie, sama wybiera sobie medium. I bardzo cieszę się, że mam takie możliwości interdyscyplinarne, bo szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie życia pisarskiego polegającego na codziennym siedzeniu od ósmej do szesnastej nad tekstem. Zresztą mój proces twórczy inaczej wygląda, on jest dość szybki z poziomu natchnienia, nie potrzebuję wprowadzać się w nastój, a potrzebuję jedynie chwili spokoju i czasu. To zawsze idzie za mną, zawsze piszę pod wpływem natchnienia.
Kiedy dzieło powstaje osiem, dziesięć lat, tak Pani najnowsza powieść i zbór poezji, to skąd wiadomo, że to jest już ten moment, by pokazać je światu, by zakończyć ten wieloletni proces twórczy?
Można powiedzieć, że to jest bardzo głębokie przeświadczenie i poczucie w sobie końca. Znamy też takie sytuacje z życia, gdy wiemy, że coś się po prostu zamyka, jak pewien rozdział, czujemy nieuchronność. W mojej twórczości jest tak samo – wyraźnie czuję, kiedy dane dzieło jest już formą całkowicie skończoną. Nie jestem typem autora, który kreśli, poprawia, ma jakąś niepewność tego, co napisał. Jak już piszę „koniec”, to jest to bardzo ugruntowana decyzja. I w zasadzie nie nanoszę istotnych poprawek, bo to co tworzę przepływa bardzo głęboko we mnie w tak silnym strumieniu prawdy i autentyczności, że po prostu nie mam żadnych wątpliwości co do sensu, końca, „wyprowadzenia” dzieła do czytelników, odbiorców.
Odwołuję się mocno do siebie, ale w swoim pisarstwie nie czerpię wyłącznie ze swojego doświadczenia. W roku 2025 i 2026 obchodzę trzydziestopięciolecie pracy twórczej, w związku z tym bardzo bym się powielała, gdybym przez tyle lat czerpała tylko z osobistych przeżyć. Pisząc, wchodzę po prostu do krain, gdzie są inne życia, inne emocje, bardzo często zupełnie mi obce, a ja je jedynie opisuję z empatią i zrozumieniem, jestem tylko przekaźnikiem. Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to zbyt metafizycznie, ale mam takie wrażenie, że mogę czerpać z potężnej biblioteki ludzkich emocji, która jest umiejscowiona gdzieś we wszechświecie a ja mam do niej klucze.
A natchnienie czy inspiracja przychodzi do Pani w obrazie czy w słowie?
Myślę, że bardziej w obrazie. W słowie czasami, jeżeli od razu pojawi się w moim umyśle tytuł. Ale w zasadzie widzę wszystko w obrazie, w odczuciu, w obrazach wewnętrznych. Stąd na przykład z bardzo dużą lekkością przyszła mi reżyseria, ponieważ widziałam jak ustawić plany, jak ustawić kamerę, jak ustawić bohaterów, żeby byli czytelni dla odbiorców. Czasami mam odczucia, że słyszę przemawianie pewnych miejsc, wydarzeń. Na przykład będąc w sytuacji, gdy nie spodziewam się spłynięcia żadnego natchnienia, na przykład na jakimś spotkaniu dotyczącym warsztatów czy innych spraw zawodowych, bywa, że nagle pojawia się bardzo mocny impuls obrazujący mi fabułę, bohaterów. To jest moment, kiedy zaczyna przemawiać do mnie miejsce. To znaczy jestem w nim fizycznie a jednocześnie widzę obrazy, które w zasadzie zupełnie nie pochodzą z mojego doświadczenia, a z jakiejś zewnętrznej, niematerialnej przestrzeni.
We wstępie do tomu wierszy „Syrena Słowiańska” napisała Pani, że chciałaby, by Pani twórczość – poezja, proza, malarstwo – była traktowana jako integralna całość. Czy w takim wypadku są w niej tematy, które przenikają do różnych sztuk?
Myślę, że tak, że wszystko to, co jest w poezji, jest też w malarstwie. Odbiorcy mojej sztuki, którzy w pewien sposób automatycznie dzielą się na tych, którzy interesują się malarstwem i tych którzy zajmują się literaturą, jednak dostrzegają całość. Na przykład osoby, które poznają mnie jako pisarkę, chcą odwiedzić moje atelier, pobyć w pracowni, zobaczyć na żywo moje malarstwo i mówią, że dostrzegają bezpośredniość wierszy w tych obrazach. Ja nazywam swoje obrazy poezją malowaną. To jest coś, co wydobywa się ze mnie, czego nie planuję. Podobnie jest z wierszami.
Pomimo tego, że jestem „wyszkolonym specjalistą od literatury” – filologiem polskim i teoretykiem literatury – i znam tak zwane pisarsko-poetyckie „myki”, czyli co z czym powinno się łączyć, jak się to nazywa i tak dalej, to dla mnie jako pisarki nie ma to żadnego znaczenia, żadnego przełożenia na to, co i jak tworzę. W procesie twórczym jestem zintegrowana z moją wewnętrzną tożsamością i tożsamością świata, w którym żyję. Tak, jakbym znajdowała się w jakimś kontekście, który staram się odtworzyć poprzez przychodzące do mnie uczucia i wrażenie.
Największą radością są dla mnie słowa czytelników, którzy mówią, że odnajdują w mojej twórczości siebie. O to właśnie chodzi w moim pisarstwie. Tylko o to. Być może emocjonalnie jestem jak pisarz dawnych czasów, z dziewiętnastego wieku, ale uważam, że za mnie mówi moja twórczość. Nie jestem twarzą tego, co piszę, raczej tylko podporą procesu. I dlatego cieszę się, kiedy w moich fabułach ludzie znajdują swoje powołanie czy jakąś drogę do wyjścia z własnych kryzysów. To jest dla mnie siła literatury i sens tworzenia. Moja twórczość bowiem nie jest moją terapią, lecz moją misją. A to wielka różnica w procesie twórczym.
W tomiku „Syrena Słowiańska” jest wiersz zatytułowany „Góry Sowie”, w którym pisze Pani, że poezja przyszła do Pani z gór, z dziwnych dali, lustrzanych zamków, odgłosów kropel. Czy proza też przyszła do Pani tymi ścieżkami? Bo właściwie podobne obrazy można odnaleźć też w Pani powieściach. Co było pierwsze? Proza czy poezja?
Zawsze się czułam powieściopisarką. Natomiast debiutowałam jako poetka i jak napisałam swoją drugą powieść „Południca”, to profesor Tadeusz Żabski, który ją recenzował zwrócił uwagę, na piękno opisów, psychologię natury, pisząc w swojej recenzji, że nie jest to niczym dziwnym, wszak autorka to poetka. Stwierdził, że poetycki język jest w mojej prozie bardzo naturalny i wybrzmiewa mocnym pejzażem emocjonalnym. Natomiast Góry Sowie i w ogóle atmosfera Dolnego Śląska, okolic Świdnicy, Karkonoszy, Wrocławia – miejsc, w których się wychowałam – jest cały czas obecna w mojej twórczości. Mam tzw. „naturę dolnośląską”. Mówią o tym osoby, które mnie odwiedzają czy czytają moje utwory, że jest w tej twórczości specyficzna atmosfera, którą odczuwa się też na Dolnym Śląsku będąc osobą przyjezdną. Jest to swego rodzaju zaduma, metafizyka, tajemniczość, zagadka. To, gdzie się urodziłam i gdzie mieszkałam na pewno wpłynęło na to, jak wygląda moja twórczość i kim jestem jako artystka.
W Pani twórczości, też w tej prozatorskiej, ważną rolę odgrywa miejsce, które jest dla bohatera zupełnie nową rzeczywistością. Czasem bohater „wpada” w to miejsce jak w pułapkę, czasem do niego ucieka czy poszukuje go jak azylu. I finalnie to miejsce odmienia bohatera . Taką fabułę mogliśmy śledzić na przykład w książce „Bóg ukrył się w górach”, „Siostry Opposto” czy „Dwór Wiatrów”. Tytuł Pani nowej powieści „Wyspa Konwaliowa” sugeruje, że też miejsce będzie miało w niej do odegrania ważną rolę. Czy rzeczywiście?
Tak. Miejsca mają zawsze dla mnie duże znaczenie i prywatnie, i w powieściach, które tworzę. Dla moich bohaterów również. Wszyscy jesteśmy w sumie mocno związani z miejscami, w których jesteśmy. One nas kształtują podobnie jak my kształtujemy je. Może wynika to z mojego dolnośląskiego pochodzenia, ale fascynują mnie zamki, pałace, tajemnicze miejsca. Przestrzeń i krajobraz w mojej twórczości nie są tylko związane z samym umiejscowieniem bohaterów w fabule, ale są też opowieścią o tym, jak natura, dom, ogród, pejzaż – odczuwa tych bohaterów. „Wyspa Konwaliowa” będzie moją pierwszą powieścią dziejącą się na Dolnym Śląsku, w okolicach Walimia. Walim w tej powieści jest surrealistyczny. Jest przeze mnie przerobiony architektonicznie, aby bohaterowie mieli tam swoje miejsca. Stworzyłam na przykład parę nowych nazw Natomiast atmosfera jest ta sama i z pewnością jeśli czytelnicy pojadą śladami bohaterów z „Wyspy Konwaliowej” to będą wiedzieli gdzie się udać i wszystko łatwo odczytają. Być może nawet znajdą ich na miejscu.
Pamiętam, że już wiele lat temu czytelnicy pytali mnie dlaczego żadna moja powieść nie jest umiejscowiona na Dolnym Śląsku, skoro stamtąd pochodzę, skoro tak wielu twórców eksploruje ten region. Musiał przyjść po prostu odpowiedni moment. Wiedziałam, że to nastąpi i uspokajałam zawsze swoich czytelników, że na pewno tak będzie. Natomiast wcześniej musiały wybrzmieć inne fabuły i miejsca, jak na przykład „Siostry Opposto” i Pulwy, znajdujące się nieopodal mojego aktualnego domu, które przemówiły do mnie.
Te miejsca w Pani twórczości urastają do rangi postaci, mają swój głos, swój charakter a nawet wypowiedzi. Pulwy w „Siostrach Opposto” szepczą do bohatera, dom w „Dworze Wiatrów” rozmawia z bohaterką. Padają tam takie słowa jednego z bohaterów: czasami wydawało mi się, że ten dom szydzi z moich słów, że mnie przedrzeźnia. Czy chce Pani przez to powiedzieć, że relacja między miejscem i człowiekiem może być podobna do relacji międzyludzkich?
Tak, uważam, że ma się relacje z miejscem. Można je kochać, można je kochać i nienawidzić, można mieć ambiwalentne uczucia, tak jak w relacjach z ludźmi. Można czuć się dobrze w danym miejscu, a w tym samym czasie też czuć się źle, bo na przykład ciągnie nas gdzieś indziej. Czasem serce cierpi w danym miejscu i wyrywa się w inne. Tak, że relacja z miejscem jest podobna do relacji z człowiekiem.
Osobiście mam takie relacje z miejscami, zupełnie nieświadomie. To jest obszar w moim życiu, którego w ogóle nie planowałam. Natomiast tworząc domy literatury nawiązuję relacje z miejscami, które do mnie przemówiły i w ten sposób stały się moimi pracowniami i domami. Powiedziałabym nawet, że to te miejsca nawiązują relację ze mną. Niektórych z nich zupełnie nie byłabym sobie w stanie nawet wyobrazić, na przykład nie przypuszczałam nigdy, że mogę mieszkać w Puszczy Białej, mieć tam dom, pracownię, dworek, tworzyć ogrody. Natomiast to to miejsce nawiązało ze mną relację. Czuję też, że to ono mocno zabiega o to, by razem tworzyć kreatywną przestrzeń dla innych. Bardzo w tym pomaga.
Czy w fabule Pani powieści najpierw powstaje miejsce czy bohater?
Najpierw powstaje chyba miejsce. Pamiętam, że na przykład fabuła „Południcy” przyszła mi do głowy na spacerze z pierwszą córką Rozalką. Szłam z wózeczkiem w jakiś spokojny, grudniowy dzień i nagle najechałam na kamień, nadepnęłam na kij, on trzasnął i wtedy spłynęła na mnie cała fabuła powieści. Ciekawe, że tydzień później pojechałam do przyjaciół, którzy prowadzili wtedy stadninę koni w Krasnem koło Ciechanowa i okazało się, że oni mieszkają w miejscu, które jest folwarkiem Michała Demlera z powieści „Południca”. Byłam zszokowana, jak mocno obrazy, które widziałam swojej głowie, były podobne do tego, co zobaczyłam na prawdę tydzień później podczas wizyty w tym miejscu. Moi czytelnicy, którzy je znają, którzy pochodzą z tamtych rejonów, czytając „Południcę” identyfikowali to miejsce, pytając wprost czy to jest folwark hrabiów Krasińskich Krasne. Mimo że w powieści nie jest to dokładnie wskazane, to można rozpoznać te budynki na przykład po sposobie przemieszczania się bohaterów. Bywa jednak, że to bohater powstaje jako pierwszy i potem znajduję dla niego miejsce.
A jak zdefiniowałaby Pani miejsce w świecie literatury, w którym znajduje się Pani twórczość?
W związku z tym, że oddaję się procesowi, który jest we mnie, nie kierują mną mody czy jakieś zapotrzebowania wydawnicze. Nie tworzę pod wskazania rynku, co teraz aktualnie się sprzedaje, czy „pozycjonuje”. Szczerze mówiąc to nie krąg moich zainteresowań, nie mam czasu przyglądać się temu. Podążam swoją indywidualną drogą, która jest wymagająca, intensywna. Tak naprawdę liczy się to, co przetrwa pisarza. Jeśli jego twórczość będzie dalej oddziaływać na kolejne pokolenia w innych już czasach, to znaczy, że ma wartość. Ważne jest to, co po nas zostanie, niekoniecznie materialne. Wiem, że w mojej literaturze jest ponadczasowość. Jak wspomniałam wcześniej, tworzę już od trzydziestu pięciu lat, w związku z czym moi czytelnicy są coraz młodsi i ci, którzy mają dwadzieścia, osiemnaście lat, trzydzieści parę czy czterdzieści, starsi oczywiści też – oni wszyscy znajdują w mojej twórczości swoje wątki. Na spotkaniach autorskich nasze rozmowy są bardzo głębokie, dotykające psychiki, lęków, obaw, wyborów, dążeń ludzkości i miejsca jednostki w tym wszystkim. Dostaję wiadomości i listy z odległych rewirów świata, Polski, że właśnie ktoś „mnie odkrył:, „ukochał”, „znalazł pisarkę- przewodniczkę”, że ma moje książki „na półce najważniejszych książek w życiu”. Zdarza się, że przybywają do mnie emisariusze od osób, które na przykład na łożu śmierci prosiły kogoś z rodziny o to, by odnalazł mnie i przekazał podziękowania za konkretną powieść, wiersz lub całą twórczość, która była ostoją w trudnych chwilach i dała spokój w chwili ostatniej. Gdy wybuchła pandemia zaskoczyła mnie ilość listów, które zaczęła do mnie przychodzić. Nie wiedziałam, że jest tyle osób, które w sposób kontemplacyjny mnie czytają, odbywają swoją podróż przy udziale moich książek, są wzruszone, że jest literatura w prawdzie.
W wielu mailach od czytelników powtarzają się też informacje, że moje powieści towarzyszą ich życiu, że mają swoje miejsce w ich domach, że zmieniły wiele spraw na lepsze w ich życiu. To jest dla mnie bardzo cenne, ponieważ te książki zmieniły również moje życie. Dlatego do procesu pisania podchodzę z absolutną szczerością i całkowicie… niekomercyjnie. Chociaż nie tworzę literatury jakieś mocno modernistycznej, awangardowej, niezrozumiałej, którą trudno zinterpretować. Moje fabuły mają konstrukcję bardzo beletrystyczną, aczkolwiek jest zawsze podwójne dno i dodatkowe przesłanie oraz tajemnica istnienia. Jestem autorką poza mainstreamem, z poza systemu. Nigdy nie próbowałam i nie próbuję zrozumieć owego świata z zewnątrz i rządzących w nim zasad. Jestem sobą i mam dużo własnej pracy twórczej. To mnie pochłania i temu się poświęcam.
W Pani twórczości sporo jest tajemniczości, swego rodzaju magii, działań nadprzyrodzonych, ale nie jest to twórczość typu fantasy, w której wszystko jest zmyślone. Odnosi się Pani do ludowych wierzeń, autentycznych postaci z przeszłości czy miejsc. Przez co cała ta tajemniczość, magia zawarta w powieściach staje się na swój sposób rzeczywista. Czy taka rzeczywistość może przemawiać do współczesnego czytelnika? Czy na co dzień jesteśmy w stanie zauważyć ten „magiczny aspekt świata”? Czy poprzez swoją twórczość chce Pani do tego zachęcić?
Nie mam takiej misji edukacyjnej, żeby do czegoś zachęcać. To raczej dzieje się samoistnie, wraz z rozwojem fabuły i wynika może z mojej tendencji do postrzegania życia w sposób fantastyczny czy niesamowity. Choć zdecydowanie jestem realistką, to zawsze lubiłam opowieści, legendy. Przeprowadzając się na Mazowsze zamieszkałam na terenie obfitującym w bogaty folklor. Tutaj, miedzy rzekami, lasami, łąkami, piaszczystymi wydmami ludzie wierzą naprawdę w różne rzeczy. Zrobiłam o tym parę filmów. Okazuje się, że te opowieści są nam wszystkim bliskie, są pewnym kodem kulturowym, na przykład w jakiejś postaci fantastycznej możemy odkryć psychologizację współczesnych bohaterów. Odwoływanie się do mitów czy legend uszlachetnia też naszą wrażliwość i pozwala dostrzec, że ten świat nie jest jednowymiarowy.
Czy ten tajemniczy wymiar Pani twórczości ma związek z Teorią Białej Emocji, Pani autorską koncepcją filozoficzno-artystyczną?
Teoria Białej Emocji wiąże się bardziej z naukami rozwojowymi i filozoficznymi, raczej niewiele ma wspólnego z fantastyką. Jej założeniem jest to, żebyśmy spojrzeli na siebie jak na czystą kartkę, czystą intencję. Współcześnie jesteśmy epatowani nieustannym dążeniem do czegoś, wzorcami określonych wizerunków, powiedzmy, „celebryckopodobnych” i wiele ludzi jest w tym zagubionych. Staje się to źródłem ich cierpienia. A Teoria Białej Emocji mówi o tym, żeby szukać w sobie tego, co jest nasze, co nie jest wykreowane przez konsumpcjonizm, materializm, mody. Szukamy czegoś, co jest naszą własną kreatywnością, gdzie możemy poczuć siebie. Szukamy emocji tych przed. Przed wszystkim, co nas otoczyło – maskami, rolami, powinnościami, słabościami. Szukamy punktu neutralnego. Pierwotnego. Czasu „przed” wyścigiem w życiu.
Jeżeli jesteśmy introwertyczni, to sobie to uświadommy i czerpmy z tego swoją siłę, nie zmieniajmy się sztucznie w kogoś przebojowego, hałaśliwego. To będzie zawsze dysonans poznawczy, w wyniku którego nasz organizm – serce, układ nerwowy – będzie cierpieć. Ważne jest, żeby odkryć to, jacy jesteśmy i stosować w swoim życiu czystą intencję, czyli szczerość serca. Teoria Białej Emocji jest koncepcją bardzo humanistyczną, motywującą do szukania dobra w świecie i w sobie.
Jak można zgłębić wiedzę na temat tej teorii? Czy są jakieś publikacje, warsztaty?
Na razie przede wszystkim prowadzę warsztaty w tym zakresie. Koncepcję Teorii Białej Emocji ogłosiłam po raz pierwszy w 2017 roku na Uniwersytecie Zielonogórskim podczas międzynarodowej konferencji. Od tego czasu ukazało się w czasopismach naukowych kilka publikacji na jej temat. Napisałam dużo felietonów, esejów i mam spory zbiór tekstów do książki o Teorii Białej Emocji. Ona na pewno powstanie, natomiast jeszcze dojrzewa. Tymczasem ta koncepcja działa jako warsztat, który uczy odkrywania sensu życia. On nie może być uzależniony od tego, czy jesteśmy zrealizowani bądź niezrealizowani, musimy odkryć to, że nasze życie ma sens ogólny, a naszym życiowym obowiązkiem jest szukać codziennie swojego sensu życia.
Czyli można powiedzieć, że Teoria Białej Emocji to jest bardziej postawa życiowa niż koncepcja twórcza?
Tak, to jest bardziej postawa życiowa, choć w pewien sposób też koncepcja twórcza, bo odwołuje się do tego, co ja też realizuję w swojej twórczości, czyli po prostu do bycia sobą, bez usilnego podążania za jakimiś modami wydawniczymi czy aktualnymi trendami. To jest taka koncepcja, która pozwala poczuć się dobrze we własnej skórze.
W Pani twórczości można zauważyć też powtarzający się motyw kobiety doznającej krzywdy ze strony mężczyzny, która ostatecznie zwycięża dokonując swego rodzaju zemsty. Taką bohaterką jest na przykład Emilia z „Sióstr Opposto” czy Magdalena z „Bóg ukrył się w górach”. Czy określiłaby Pani swoją twórczość mianem feministycznej? Czy tworzy Pani „ku pokrzepieniu kobiecych serc”?
Nie, chyba nie. Ja nie jestem feministką, bo na szczęście nie doznałam w swoim życiu takich sytuacji, w których musiałam walczyć o swoje prawa. Zostałam wychowana przez bardzo doceniających i wspierających mężczyzn – mojego tatę i dziadka Alfreda – ojca taty. I dla mnie mężczyzna nigdy nie był rywalem czy oprawcą tylko bliskim człowiekiem, z którym spędzało się świetnie czas, można było rozwijać się intelektualnie, czuć serdeczność i miłość i ją też dawać, okazywać z radością. Dlatego nie jestem feministką, bo nie znałam z dzieciństwa uczucia walczenia o to, by być usłyszaną. Jako mała dziewczynka byłam przez nich uczona dumy z bycia kobietą, szanowania swojej inteligencji i wyobraźni. Czułam się kochana bezwarunkowo i znam to odczucie z głębi serca. To spowodowało, że mam wiarę w siebie i potrafię obiektywnie zobaczyć co wokół mnie się dzieje oraz na to zareagować w zgodzie ze sobą. Oni przekazali mi, że należy mi się szacunek i zrozumienie, jako kobiecie – to było takie oczywiste. Że mam swoje prawa, że mam marzenia, prawo do wszystkiego, co uczyni mnie spokojną i szczęśliwą. Natomiast dostrzegam różne aspekty współczesnego patriarchatu, wiem że był, wiem skąd się wziął w nowej odsłonie po 1990 roku, gdy zaczęliśmy wchodzić w kulturę anglosaską. Natomiast w mojej literaturze kobieta nie tyle mści się na mężczyznach, co raczej mówi o swoim zranieniu i ma prawo je przeżyć. Wyzwala się z bycia ocenianą jako kobieta przez pryzmat tego, czego jej wolno a czego nie. To nie zemsta a własny głos we własnej sprawie.
W Pani dorobku artystycznym szczególną pozycja jest dramat „Departament Straconego Czasu”. Jest inny od pozostałych dzieł. Nie ma w nim folkloru, magii, przyrody, jest urząd. Ciekawią mnie okoliczności jego powstania. Co było inspiracją do stworzenia takiego dzieła?
„Departament Straconego Czasu” jest surrealistyczny, modernistyczny. Urząd, w którym rozgrywa się akcja, to świat Nikiforowski, nieistniejący fizycznie, abstrakcyjny, lecz będący składową naszej osobowości, jaźni, duszy. W dramacie jest to miejsce, w którym bierze się zapomogi na niezrealizowanie swoich marzeń. To taka alegoria na czasy okołokryzysowe, na współczesność, bo choć dramat ten powstał wiele lat temu, w 2012 roku, to wciąż jest aktualny. Tekst bardzo silnie oddziałuje na publiczność i też dzieją się z nim różne śmieszne rzeczy, gdziekolwiek jest prezentowany. Na przykład na swoją premierę, która odbyła się w bibliotece na Mokotowie ta książka w ogóle nie dotarła, czyli faktycznie poczuliśmy się jak w Departamencie Straconego Czasu.
Ten utwór ukazuje taką klaustrofobiczną sytuację zrobienia z człowieka we współczesności beneficjenta wszystkiego, nawet szczęścia. Proszę zauważyć jak my nawet o szczęście musimy się dzisiaj boksować, jak wiele oferuje się nam rozwiązań – szkoleń, warsztatów, które mają nas uszczęśliwić, jak histerycznie poszukujemy wskazówek, co robić, bo nie jesteśmy szczęśliwi. A to jest normalne, że człowiek przechodzi przez różne stany i to takie zdehumanizowanie podejścia do istoty ludzkiej rozbrzmiewa w „Departamencie Straconego Czasu”. Rozbrzmiewa przekonująco, bo gdy jest wystawiany, publiczność wychodzi ze spektaklu z silnym postanowieniem, że dość już marnowania czasu. W zasadzie tekst wzywa do przyjrzenia się swojemu życiu i zobaczenia, jak czas przecieka nam przez palce, co tracimy, na co tracimy, i że czas jest policzalny.
Oprócz Teorii Białej Emocji jest Pani również autorką metody Holy Equus. Czym ona jest?
Konie są bardzo ważne w moim życiu, jestem z nimi związana od wielu lat. Co spowodowane było tym, że mieszkałam niedaleko Zamku Książ i stada koni śląskich, gdzie bardzo często bywałam, to było takie moje miejsce mocy. Holy Equus jest metodą, która niedługo już będzie sobie liczyć trzydzieści lat i polega ona na holistycznym podejściu do koni, jako do istot, które mogą nas, ludzi, poprowadzić w świat zrozumienia samych siebie. A wynika to z tego, że koń jest jedynym zwierzęciem, które jest nieprzekupne i którego nie da się oszukać, ani mową ciała, ani postawą życiową. Koń doskonale odczytuje energię człowieka – jeśli się boimy, to on to od razu rozpozna i pokaże nam, że wie o naszym lęku. Gdy jesteśmy egotyczni, to nie będzie chciał nawiązywać z nami relacji. To jest bardzo szczere zwierzę, dzięki któremu możemy przyjrzeć się sobie i prawdzie natury. Praca z nim przypomina pracę z lustrem.
Tak się złożyło, że zaczęły trafiać do mnie skrzywdzone przez człowieka konie, trudne, niebezpieczne, z uszkodzoną psychiką. Uważam, że to one mnie wybrały, bo sama nie wymyśliłabym sobie takiej życiowej drogi. Nie lubię ekstremalnych sytuacji. Natomiast, gdy te konie zaczęły do mnie trafiać, to okazało się, że przy mnie uspokajają się, że można z nimi rozmawiać. Okazało się też, że mam takie możliwości, żeby odczytać ich historie, emocje i przekazać to ludziom.
A czy ta praca z końmi wpływa na Pani pracę twórczą? Czy to jest coś, co do niej przenika, może ją stymuluje? Czy jest to raczej odskocznia od działalności artystycznej?
Właśnie nie wiem. Powiem szczerze, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Na pewno jest to coś, co podzieliło mi czas i świat na dwie części, które muszę ze sobą godzić. Natomiast nie piszę dużo o koniach, chociaż lubię to robić, lubię tworzyć filmy o koniach, ale w mojej fikcji literackiej konie nie są częstymi bohaterami. To też nie odskocznia. To misja i charyzmat. Powierzają mi niezwykłą wiedzę i swoje tajemnice. Więc to one mnie wybrały.
Koń, nie tylko w Pani twórczości, uchodzi za symbol wolności i prawdy. Czy Pani zdaniem wolność i prawda to są atrybuty literatury ważne współcześnie? Czy goniąc za wymogami rynku pisarz w swojej twórczości może pozostać wolny i szczery w tym, co pisze?
Powinien. Bo pisarz to nie jest celebryta, ani postać medialna. Choć oczywiście trochę to się zatarło w dzisiejszych czasach. W sumie zmieniało się to na moich oczach, skoro mam trzydziestopięciolecie pracy artystycznej, to miałam szansę zaobserwować różne podejścia do pisarstwa. Natomiast pisarz to jest jednostka, która powinna być szczera ze swoimi czytelnikami, czyli nie mieć priorytetów związanych z finansami czy karierą. To są oczywiście aspekty, które dotykają każdego zawodu, tego również, jednak priorytetem powinna być szczerość wobec samego siebie.
A czy dzisiaj pisarz może być autentyczny? Nie wiem. Każdy z ludzi musi wybrać pewną drogę. Ja dokładnie pamiętam moment, w którym wybrałam swoją – kiedy miałam propozycje dość mocnych komercyjnych działań związanych z typem mojego pisarstwa, ale musiałabym pisać pod tak zwany dyktat. I odmówiłam wtedy. Odmawiałam wielokrotnie, na przykład gdy na studiach dostałam propozycję pisania harlequinów, bo miałam „szybkie i sprawne pióro”. Odmówiłam, chociaż byłam studentem i potrzebowałam pieniędzy, musiałam się na studiach sama utrzymywać. Uważałam wtedy i dalej tak uważam, że moja droga życiowa, pisarska, jest drogą autentyczności i szczerości ze swoimi odbiorcami. Tak wybrałam i taką drogą kroczę. Oczywiście są tego cienie i blaski różnego rodzaju, ale jest to świadomy wybór – tworzyć literaturę komercyjną czy literaturę wysoko artystyczną. Tego wyboru, którą drogą chce się iść, musi dokonać każdy z nas. Nie tylko twórca.
