FARKA.press

Portal Reportażystów

Roshen

Aldona Filipek

Uzależniają, wciągają, magnetyzują. Sprawiają, że nie można przestać o nich myśleć i ich wspominać. Ciągle i na nowo. Źródło mojego bólu, zachwytu i tęsknoty. Indie.

Być może zapytacie – dlaczego znowu Indie? Przecież temat podróży do Indii wydaje się być wyczerpany do cna. Znane są relacje licznych poszukiwaczy swojej drogi duchowej, którzy twierdzą, że poza Indiami duchowość nie istnieje. Są też tacy, którzy kategorycznie mówią: nigdy więcej! To ci, którym dolegliwości żołądkowe przesłoniły wszystkie walory tego kraju. Są i tacy, którzy z uporem maniaka twierdzą, że tak życzliwych i otwartych ludzi jak hindusi nigdzie indziej nie spotkali (z czasem powiedzą to samo o mieszkańcach każdego kolejnego kraju, który odwiedzą. Cóż, przywilej turysty). Nie będąc w żadnej z powyższych grup, w każdej z nich jestem jakby po trochu. Podświadomie chyba pogardzam grupami, dlatego podróżuję sama.

Mój pobyt w Indiach trwa prawie pół roku. Nie ma w tym żadnej symboliki, na taki czas dostałam wizę. Jadę żeby pomagać. W tym miejscu odezwą się głosy oburzonych – bo czy nie ma komu pomagać w Polsce? Nie dyskutuję z takimi głosami, idę za głosem swojego serca, które prowadzi mnie tam, gdzie jak wierzę, w danym momencie jestem potrzebna.

Jestem w Kalkucie, przyjechałam, aby być wolontariuszem w organizacji, która zajmuje się pomocą najuboższym. Od razu trafiam do pracy na dwie zmiany: z rana pracuję w ośrodku dla ludzi chorych i umierających – to ci, którzy będąc w ciężkim stanie zostali znalezieni na ulicach, dworcach, a czasem – przywiezieni prosto ze szpitala. Ci ze szpitali trafiają do nas najczęściej wtedy, kiedy rodzina nie zgłosi się, aby ich odebrać. W Indiach publiczna opieka zdrowotna działa słabo, szpitale żądają opłat za wykonanie niemal każdej procedury. Zdarza się, że kiedy przychodzi pora odebrania bliskiej osoby ze szpitala i zapłaty za leczenie, rodzina, z powodu braku pieniędzy, nie pojawia się.

Popołudniami jestem w ośrodku dla dzieci. Pokaźny kilkupiętrowy budynek mieści się tuż obok tętniącej życiem, ruchliwej ulicy, która, mam wrażenie, nigdy nie śpi. Gdy wchodzę z ulicy na przestronny dziedziniec ośrodka czuję się tak, jakbym zanurzała się w inny świat. Kolorowe malowidła na ścianach i murach przenoszą mnie w krainę bajek i egzotycznych zwierząt. Widać, że proces twórczy ciągle trwa. Huk i trąbienie samochodów nie jest tu aż tak głośne i uciążliwe. W gruncie rzeczy ten ośrodek to taki wielki dom dziecka, w którym na poszczególnych piętrach mieszkają dzieci, rozlokowane zgodnie z kategorią wiekową lub stopniem niepełnosprawności. Szeroką klatką schodową wchodzę na drugie piętro, do wielkiej sali w której śpią, jedzą, bawią się i spędzają cały swój wolny czas dzieci z różnym stopniem upośledzenia ruchowego i intelektualnego. Najmłodsze dziecko wygląda na roczek, może trochę więcej, najstarsze może mieć kilkanaście lat. Niektóre z nich siedzą w specjalnie przystosowanych fotelach, niektóre leżą na wielkich materacach, które zakrywają część pomieszczenia. Drugą część zajmują łóżka małych podopiecznych.

Moją uwagę przykuwa pewien pucołowaty chłopiec o ślicznej dziecięcej buzi i wielkich ciemnobrązowych oczach. Wygląda na jakieś pięć lat. Jako jeden z niewielu potrafi chodzić o własnych siłach. Nie zapoznaję się z nim od razu. W takich miejscach jak to, człowiek skupia się najpierw na tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy. W pierwszej kolejności trzeba zająć się tymi dziećmi, które należy nakarmić i przebrać. Roshen, bo tak ma na imię ten chłopiec, nie jest przez nikogo karmiony, na tle pozostałych dzieci wygląda na jednego z bardziej samodzielnych. Większość dnia spędza na ławce koło okna. Potrafi godzinami stać i patrzeć na drzewo rosnące za oknem i na sznury samochodów, pędzące z hukiem po szerokiej ulicy. Z czasem zauważam, że do Roshena nikt nie podchodzi. Nikt się z nim nie bawi, nikt go nie przytula, tak jak innych dzieci. Pytam dziewczynę, która jest tu dłużej ode mnie, kim jest ten chłopiec. Odpowiada mi, że nikt dokładnie nie wie skąd pochodzi Roshen i kim są jego rodzice. Chłopiec nie mówi, zamiast tego wydaje jakieś dziwne odgłosy, przypominające bardziej odgłosy ze świata zwierząt niż ludzi, a do tego gryzie każdego, kto chce się do niego zbliżyć. Z tyłu głowy widać że ma dużą, choć już dobrze zagojoną bliznę.

Patrzę na Roshena i jest mi zwyczajnie smutno. Ale skąd ten smutek? Przecież wszystkie dzieci są tutaj biedne i pokrzywdzone?
Codziennie, po troszku próbuję zapoznać się z Roshenem i zdobyć jego zaufanie. Nie jest to łatwie. Kiedy pierwszy raz chcę pogłaskać go po głowie, on łapie moją rękę, ściska ją z całych sił i próbuje ugryźć. Powoli odsuwam swoją rękę, ale ciągle jestem przy nim. Mówię do niego łagodnie w swoim języku, a on patrzy na mnie z zaciekawieniem.

Trwa to kilka dni, aż po jakimś czasie udaje mi się złapać kontakt z Roshenem. Nie jest łatwo, ale popołudniami, kiedy już inne dzieci są nakarmione i przebrane, siadam z nim na ławce, on siada na moich kolanach i patrzymy razem na drzewo i na jadące samochody. Opowiadam mu o sobie. Mimo iż wiem, że on nic z tego nie rozumie to nie mogę się powstrzymać. W tym kraju, w którym nikt nie rozumie mojego języka, on jeden słucha i patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi ciemnymi oczami.

Jest sierpień, pora wyjeżdżać. Do Roshena przyjechała „ciocia” z Włoch. To kobieta, która od jakiegoś czasu co rok przyjeżdża do ośrodka i zawsze ze szczególną troską zajmuje się Roshenem. Kupuje mu prezenty, prowadza do lekarzy, widać że bardzo go kocha. Chodzą słuchy, że być może będzie chciała go zaadoptować.

Siadam ostatni raz z Roshenem na ławce koło okna. Zastanawiam się czy kiedykolwiek jeszcze się spotkamy. Jego samotność i moja. Zachwyt spotkania i ból rozstania mieszają się ze sobą. Dwa tak bardzo odmienne światy, a jednocześnie tak do siebie podobne. W Indiach nawet samotność spotyka się we dwoje.