FARKA.press

Portal Reportażystów

RECENZJA: W obronie „Poniemieckiego” Karoliny Kuszyk

Aleksandra Furtak

Ta książka, w swoim koncepcie, wydawała mi się banalna. Nie spodziewałam się po niej niczego więcej, poza przewidywalnymi, sentymentalnymi wspomnieniami i opisami zaniedbanych miejsc. Ponad czterysta stron wydawało mi się przesadą, zatem „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk zaczęłam czytać niejako z obowiązku, z nie najlepszym nastawieniem. A może nawet nie z „nie najlepszym”, sprecyzujmy – z nastawieniem, że przecież ja to wszystko wiem, że przecież wszyscy to doskonale wiedzą, więc po co opisywać oczywistości? Ale przypomniały mi się dwa zdarzenia z czasów studiów w Warszawie i Krakowie, które zasiały we mnie pewną wątpliwość, co do faktycznej oczywistości „poniemieckiego”. Dlatego, mimo sceptycyzmu, dałam Karolinie Kuszyk szansę.

Jednym z tych zdarzeń była rozmowa, w której okazało się, że ludziom z Małopolski tłumaczyć trzeba czym jest i jak wygląda krzyż pokutny, myślałam, że krzyże pokutne są w każdej wsi, jak Polska długa i szeroka. A w Warszawie przydarzyło mi się, coś, o czym pisze też Karolina Kuszyk – widziałam poniemieckie kamienice, tak samo jak pisarz Piotr Adamczyk w Łodzi, czy „pewna spotkana Polka” w Kolonii. W Krakowie – największym narodowym skupisku najznamienitszych specjalistów od ochrony dóbr kultury nasłuchałam się wiele o „niechcianym pruskim dziedzictwie” „tych z Dolnego Śląska”. „Ci z Krakowa” powtarzają to jak rzutki slogan, jak słowo wytrych, jak prawdę objawioną, i, tak, powtarzają to z pewną wyższością, jak specjaliści od dbania wytykający innym, że dbać nie potrafią, że nie chcą. I gdy tak to w kółko powtarzali, ja nie mogłam zrozumieć o czym właściwie mówią? Jakie „niechciane”? Czy chodzi im o te porzucone, ewangelickie cmentarze, z którymi wiążą się wspomnienia najlepszych zabaw z dzieciństwa? O te opuszczone pałace, będące scenerią pierwszych romantycznych doświadczeń? O zapyziałe piwnice ze skarbami ? Kto tego nie chce? My??

Wtedy, na studiach (dopiero), zrozumiałam, że jest takie miejsce, często określane jako „u was na Zachodzie”, które dla „właściwej Polski” nie jest do końca zrozumiałe. Dlatego po lekturze „Poniemieckiego” przyznaję – miałam rację, tego się spodziewałam – same oczywistości, ale dla kogoś, kto w „poniemieckim” wyrósł, dla reszty Polaków może to być zaskakująca lektura.

Karolina Kuszyk opisuje jako zjawiska coś, co nigdy nie wydawało mi się dziwne, ale w ten sposób uwydatnia i tłumaczy szczególny charakter „Ziem Odzyskanych”, rozwija skróty myślowe, wskrzesza opowieści, mówi o czymś, o czym się nie mówiło. Nazywa to milczenie wyparciem, być może słusznie w odniesieniu do pierwszego pokolenia Polaków przybyłych na poniemieckie ziemie, ale już w przypadku trzeciego, mojego, milczenie tłumaczyć można powszechnym przekonaniem, że nie ma o czym mówić, bo jest to tak oczywiste, a w przypadku kolejnych pokoleń w ogóle nie ma tematu, bo poniemieckość ich ziem powoli zaczyna zanikać, nic nie znaczyć, jest zapominana. Dla każdego z tych pokoleń jest to bardzo ważna książka, dla pierwszych dwóch – bo przełamuje pewne tabu, dla trzeciego – bo objawia mu jego niezwykłość, dla kolejnych – bo ocala od zapomnienia. Jest też ważna dla wszystkich pokoleń Polaków z „polskich części” Polski, którzy poniemieckie znają jedynie z definicji, bądź ze słyszenia, pozwala bowiem zdementować niektóre plotki, legendy i obalić stereotypy.

Pionierzy „Ziem Odzyskanych” przejęli okolicę nierodzinną, antyheimat. Nie objęli w posiadanie „mitycznej ojcowizny”, lecz „konkretną obcowiznę”, pisał germanista i historyk literatury Marek Zybura w pracy „Pomniki niemieckiej przeszłości”. Żadna miejscowość nie nazywała się od zawsze tak, jak się nazywała, każda rzecz, o ile jej nie przywieziono, jeszcze do niedawna należała do innych. Była to wprawdzie kraina wzorowo zagospodarowana ludzką ręką, a nie, jak obawiali się niektórzy, stepowa pustać – miała więc cechy tego, co dobrze znane, a jednak była obca, trudna w lekturze, nieoswojona. Była niesamowita. (…) Opowieści „Ziem Odzyskanych” tkwią obiema nogami w niesamowitości. Karolina Kuszyk bardzo dobrze broni tej tezy, powołując się na liczne przykłady. I co ważne, nie skupia się na swoim własnym, choć jako legniczanka mogłaby „poniemieckie sprzedać” w formie własnego pamiętnika. Wielu współczesnych „reportażystów” tak robi – pisze o sobie pod pretekstem opisywania świata. Karolina Kuszyk nie, i to nadaje jej książce jeszcze większej wartości.

Jej liczni bohaterowie rozsiani są po obu stronach granicy, nie są czarno-biali, tendencyjni, przewidywalni. Są zwykłymi ludźmi, z których autorka wydobywa niezwykłe opowieści o, w zasadzie, codzienności. Znad tej granicy przynosi ważną prawdę, dotyczącą złożoności polskiej tożsamości, która nie jest jednakowa, wycięta z warszawskich czy krakowskich szablonów wykutych z piastowskiego ducha. A w dalszej perspektywie – prawdę o tożsamości europejskiej i jeszcze dalszej – ogólnoludzkiej. Od samego początku pasował mi do tej książki cytat z „Prawieku i innych czasów” Olgi Tokarczuk, nawet zdziwiłam się, że Karolina Kuszyk go nie wykorzystała, choć do twórczości noblistki odwołuje się wielokrotnie. Tym cytatem zakończę: Ludzie myślą, że żyją bardziej intensywnie niż zwierzęta, niż rośliny, a tym bardziej – niż rzeczy. Zwierzęta przeczuwają, że żyją bardziej intensywnie niż rośliny i rzeczy. Rośliny śnią, że żyją bardziej intensywnie niż rzeczy. A rzeczy trwają, i to trwanie jest bardziej życiem niż cokolwiek innego.