FARKA.press

Portal Reportażystów

Drugie Pokolenie

– młodzi Grecy opowiadają o rodzicach i doświadczeniu bycia dzieckiem imigrantów

Małgorzata Jahns

Fot. M. Jahns

Lata dziewięćdziesiąte, były pierwszym okresem w historii nowożytnej Grecji, w którym saldo migracji odwróciło się na korzyść kraju. Grecja przyjęła w tym okresie emigrantów przybywających z państw byłego Bloku Wschodniego oraz państw rozwijających się. Podobnie jak w ostatnich latach kraj stał się wtedy nowy domem dla tysięcy osób, które pragnęły dla siebie i swoich rodzin lepszego życia. Jak potoczyły się ich losy oraz co emigracja rodziców oznaczała dla ich dzieci możemy dowiedzieć się rozmawiając z dorosłymi już przedstawicielami drugiego pokolenia emigrantów mieszkającymi dziś w Grecji.

Rabab

Oboje rodzice przyjechali do Grecji w latach dziewięćdziesiątych.Wiele osób z Maroka decydowało się w tym czasie na emigrację do Grecji, ponieważ był to jeden z niewielu europejskich krajów, do których obywatele Maroka mogli wjechać bez wiz, jedynie za okazaniem paszportu – tłumaczy Rabab. Było tu również łatwo znaleźć pracę, problemem była za to legalizacja pobytu. Trudności związane z załatwieniem dokumentów były przyczyną, dla której wiele osób decydowało się na dalszą emigrację do Hiszpanii, Francji czy Włoch. Rodzicie zdecydowali się zostać w Grecji, ponieważ obydwoje szybko znaleźli pracę i mieli cierpliwość do lokalnej biurokracji. Zalegalizowanie pobytu zajęło im ostatecznie ponad 7 lat.

Rabab ukończyła właśnie studia pierwszego stopnia na kierunku komunikacja masowa, teraz pracuje w hostelu i odkłada pieniądze na kontynuację studiów.

Mama Rabab pochodzi z ubogiej rodziny mieszkającej w dzielnicy slamsów w Casablance. – Kiedy pytałam ją, dlaczego postanowiła wyjechać, zawsze odpowiadała, że chciała pracować, zyskać niezależność i móc finansowo wspierać rodzinę. Wydaje mi się, że mama obawiała się także wczesnego zamążpójścia – był to duży problem w jej rodzinie – babcia została zmuszona do poślubienia dziadka w wieku 11 lat.

Wysłanie, któregoś z dzieci do Europy było pomysłem jej mamy. — Jeśli będziemy mieć kogoś w Europie może nie będziemy bogaci, ale nie będziemy też biedni – myślała. Mama bardzo chciała pojechać, mimo to babcia zdecydowała najpierw wysłać do Grecji jej najstarszego brata. Coś jednak nie zgadzało się w jego papierach i nie udało mu się załatwić formalności.Wtedy, z pomocą mamie przyszła jej babcia, która do pomysłu przekonała swoją córkę; dziadek nie miał nic przeciwko, więc mama pojechała.

Kiedy mama Rabab przyjechała do Aten miała 21 lat. Po przyjeździe do Grecji zaczęła nosić spodnie, obcięła włosy i znalazła pracę jako mieszkająca na pokoju u państwa, dla których pracowała, pomoc domowa. Po 4 latach zaczęła pracować dla rodziny, u której sprząta do dziś.

Ojciec przyjechał do Grecji po odbyciu dziesięcioletniej służby w armii. W tym czasie brał udział w wojnie z Saharą Zachodnią. Jego ulubioną opowieścią z tamtych lat była historia o upałach, panujących na pustyni, podczas których było tak gorąco, że wraz z innymi żołnierzami smażyli jajka w hełmach. Ojciec powtarzał nam historie z wojska tak często, że z bratem uważaliśmy je za strasznie nudne – śmieje się Rabab.

Wstąpienie do armii było dla mojego ojca formą ucieczki od trudnej sytuacji w domu – podejmuje po chwili. – Czas w wojsku był dla niego również bardzo trudny, na tyle trudny, że po zakończeniu służby postanowił wyjechać z kraju.

Po przyjeździe do Grecji ojciec pracował najpierw na polach zbierając warzywa i owoce, później przeniósł się do Aten, gdzie łapał się różnych zajęć: rozwodził pizzę, pracował na budowie, w końcu otworzył własny biznes – prowadzi małą firmę oferującą sprzątanie klatek schodowych.

Rodzice poznali się poprzez wspólnego znajomego, oboje w tym czasie myśleli o ślubie, więc ich znajomość od samego początku była bardzo poważna.

Widziałam film z ich wesela wiele razy, kiedy byłam mała często go oglądaliśmy. Uroczystość zgromadziła całą marokańską społeczność. To były ich najszczęśliwsze lata.W Atenach było wtedy niewielu Marokańczyków, w większości byli to ludzie młodzi, chętni do nawiązywania nowych kontaktów. Wszyscy się ze sobą znali albo mieli wspólnych znajomych. Był to czas radości, czas ślubów. Wiele znajomych mamy powychodziło za Pakistańczyków, Egipcjan lub innych Arabów – opowiada Rabab. Z czasem znajomi zaczęli zakładać rodziny, na świat zaczęły przychodzić dzieci, ludzie oddalili się od siebie. Teraz spotykają się tylko w gronie najbliższych przyjaciół.

Brakuje mi tego poczucia wspólnoty, obecności osób o podobnych doświadczeniach i aspiracjach. W Atenach nie ma wielu osób pochodzących z Afryki Północnej. Większość moich przyjaciół i znajomych to Grecy. Różni nas wiele doświadczeń, czasem trudno im zrozumieć konsekwencje wynikające z faktu, że pochodzę z takiej, a nie innej rodziny. Chciałabym mieć przyjaciółkę z takim samym doświadczeniem jak moje – której rodzice wyemigrowali z Maroka i zamieszkali w Grecji – dodaje.

Zdaniem Rabab jej rodzice identyfikują się przede wszystkim jako imigranci. – Sami przyznają, że nie mogliby już żyć w Maroku, z drugiej strony nie są ani nie czują się Grekami. Ja mam obywatelstwo, mogę tu zostać, mogę być Greczynką – oni nie, co kilka lat muszą występować o pozwolenie na pobyt.

Mimo wszystko rodzice znaleźli tu swoje miejsce. W zeszłym roku kupili mieszkanie. Ja też, mimo że sama nigdy nie czułam się jak 100% Greczynka, uważam Ateny za swój dom. Myślę, że to, kim teraz jestem – sposób, w jaki mówię, w jaki myślę jest bardziej grecki. Z drugiej strony, wydaje mi się, że dlatego, że mieszkam tutaj muszę bardziej dbać o swoją marokańską tożsamość. Fakt, że jest ona w jakiś sposób atakowana sprawia, że tym bardziej chcę ją pokazać.

Fot. M. Jahns
Rabab: Lubię w sobie to, że pochodzę z Afryki Północnej i to, że urodziłam się w Grecji.
Ateny, październik 2019

Jackie

Do 2010 roku w Grecji obowiązywało prawo krwi — jedyną szansą na otrzymanie przez dziecko automatycznie greckiego obywatelstwa było posiadanie rodziców Greków — Jackie Abhulimen, rzeczniczka Generation 2.0 – organizacji wspierającej przedstawicieli drugiego pokolenia imigrantów żyjących w Grecji, tłumaczy zmiany prawne dotyczące przyznawania obywatelstwa, do których doszło na przestrzeni ostatnich lat. – Obowiązujące obecnie prawo oferuje dostęp do obywatelstwa dzieciom urodzonym w Grecji, których rodzice nie są Grekami oraz tym dzieciom, które uczęszczają do greckich szkół.

Procedura przyznania obywatelstwa jest jednak długotrwała i obwarowana istotnymi ograniczeniami, do najważniejszych z nich należą konieczność przebywania przez rodziców na terytorium Grecji legalnie oraz konieczność uczęszczania przez dziecko do szkoły realizującej grecki program nauczania. Osoby, niespełniające tych kryteriów np. dzieci rodziców pozostających na terenie Grecji bez odpowiednich dokumentów albo dzieci uczęszczające przykładowo do prywatnej polskiej szkoły nie mogą ubiegać się o przyznanie im obywatelstwa tą drogą.

Terminu drugie pokolenie używa się do opisu grupy osób, które dzielą pewną historię, szczególne doświadczenie dorastania. Jesteśmy dziećmi osób, które tutaj przybyły – tłumaczy Jackie. – Dzielimy kulturę i tożsamość kraju, w którym dorośliśmy z doświadczeniem przekazanym nam przez naszych rodziców. Jesteśmy Grekami, ale jesteśmy też czymś jeszcze. Kultura naszych rodziców, ich zmagania, doświadczenie emigracji – wszystko to staje się automatycznie również naszym doświadczeniem – tłumaczy.

Ważną kwestią jest też to, jak jesteśmy postrzegani przez resztę społeczeństwa – dodaje. Komuś, kto z wyglądu może uchodzić za etnicznego Greka, łatwiej jest wtopić się w otoczenie, niż tym z nas którzy wywodzą się z krajów afrykańskich. Ja nigdy nie jestem postrzegana jako Greczynka. Od chwili kiedy wychodzę z domu ludzie nie zwracają się do mnie po grecku, automatycznie zakładają, że greckiego nie znam.

Kolor skóry determinuje sposób, w jaki jesteśmy postrzegani, determinuje nasze doświadczenia. Dlatego mimo, że fizycznie nie podjęłam podróży do Grecji, to w pewien sposób wychodząc z domu codziennie podróżuję.

Fot. M. Jahns
Jackie: Ja nie jestem tylko Greczynką, jestem Afro-Greczynką.
Ateny, październik 2019.

Andriana

Gdy ktoś mnie teraz pyta skąd jestem zawsze rozpoczynam zdanie mówiąc: moi rodzice pochodzą z Istambułu, a później dodaję: ale ja urodziłam się tutaj. Nie wiem dlaczego, ale nie lubię mówić o sobie, że jestem z Aten. Tu się urodziłam i wychowałam, ale czuję, że jeśli powiedziałabym tylko, że jestem z Grecji to nie byłaby prawda.

Rodzice Andriany to Vana i Yordanis – przedstawiciele greckiej mniejszości zamieszkującej Turcję, którzy wyemigrowali do Grecji w latach osiemdziesiątych.

Obydwoje rodzice pochodzą z Istambułu. Mój ojciec mieszkał w Cihangir centralnej dzielnicy miasta. Obecnie jest to miejsce pełne galerii sztuki i kawiarni, ale za jego czasów była to grecka dzielnica – opowiada Andriana. – Moja mama mieszkała w zamożniejszej dzielnicy, w okolicy Bosforu.

Wskazując na powody stojące za opuszczeniem Istambułu przez rodziców, Andriana zwraca przede wszystkim uwagę na prześladowania, które stały się doświadczeniem nie tylko jej rodziny, ale i wielu innych mieszkańców miasta. – Dziadek ze strony ojca miał zakład krawiecki, który został spalony podczas pogromu we wrześniu 1955 roku. Czasy były trudne nie tylko dla Greków, ale i Ormian oraz przedstawicieli innych mniejszości.

Pewnego dnia, gdy ojciec Andriany miał 18 lat, do drzwi jego domu zapukała policja. – Weszli do środka i zaczęli krzyczeć. Mówili, że nasza rodzina nie jest częścią tureckiej wspólnoty, że mamy się wynosić. Dali dziadkowi 14 godzin na spakowanie i opuszczenie domu. Dziadek nie miał wyjścia — razem z ojcem, jego siostrą i pradziadkiem opuścili Istambuł.

Mama miała więcej szczęścia – nie musiała emigrować, ale jej rodzina zdecydowała się opuścić miasto po tym, jak większość znajomych, przyjaciół i innych greckich rodzin wyjechała.

Po przybyciu do Grecji ojciec Andriany pracował na dwie zmiany, podjął naukę na uniwersytecie, w końcu po latach otworzył własne biuro rachunkowe, w którym pracuje teraz również Andriana. Mama Andriany początkowo pomagała mężowi w pracy, by w późniejszym okresie poświęcić się wychowaniu dwóch córek.

Wspominając pierwszy raz, kiedy poczuła się źle potraktowana ze względu na swoje pochodzenie Andriana wspomina czasy szkolne. – W piątej klasie, podczas lekcji geografii nauczycielka pytała nas po kolei skąd jesteśmy. Kolejno podchodziliśmy do mapy Grecji, pokazywaliśmy swoje miejsce pochodzenia i mówiliśmy o nim kilka słów. Kiedy przyszła pora na mnie, nauczycielka spytała – Andriana, a ty skąd jesteś? – Z Istambułu – odpowiedziałam. To był pierwszy raz, kiedy powiedziałam to głośno. – A gdzie jest Istambuł? – pytała dalej. – Tutaj – odpowiedziałam wskazując punkt na ścianie, gdzie znajdowałby się Istambuł, gdyby mapa była dostatecznie duża. – Dobrze, możesz usiąść – powiedziała nauczycielka. Usiadłam, mimo że jak inne dzieci chciałam powiedzieć coś więcej o miejscu, z którego pochodzę.

Kiedy wróciłam do domu opowiedziałam rodzicom, co stało się w szkole. Powiedziałam im, że zrozumiałam, że nie jestem Greczynką. – Ale, ty jesteś Greczynką! – odpowiedzieli. Mój ojciec był bardzo wzburzony. – Kto Ci tak powiedział? Nauczycielka? – pytał. – Andiana tłumaczyła – Wcześniej, w szkole inne dzieci mówiły na mnie Turkala (Turkala to po grecku „turecka dziewczynka”) – kiedy byłam młodsza miałam ciemniejszą skórę – wtrąca – ale nigdy wcześniej mi to nie przeszkadzało. Rodzice zawsze mówili mi dobre rzeczy o Turcji. Jeśli inne dzieci chciały, żebym była Turkalą, mogłam być Turkalą. Gdy nauczycielka odmówiła mi głosu i kazała usiąść, to było coś innego, wtedy po raz pierwszy poczułam, że stało się coś, co nie było w porządku.

Zdaniem Andriany jej rodzice w różny sposób radzą sobie z doświadczeniem emigracji. – Mój ojciec ciągle jeździ do Istambułu. To dla niego jak nałóg. Nie ma tam już rodziny ani znajomych, jeździ tam jak turysta – spaceruje ulicami, odwiedza miejsca, które kiedyś znał. Niestety, po latach zawirowań politycznych i społecznych Istambuł nie jest już taki, jakim go pamięta. Ojciec nie był świadkiem zachodzących zmian i dlatego czuje się tam teraz jak obcy – opowiada Andriana.

Z kolei mama, po tym jak opuściła miasto, odwiedziła Istambuł tylko raz. Pojechaliśmy tam wtedy całą rodziną. Z tego wyjazdu Andriana najlepiej pamięta dzień, w którym z rodzicami postanowili zobaczyć dawny dom jej mamy. – Mama poszła sprawdzić listę nazwisk na domofonie. Chciała zobaczyć, czy nie rozpozna któregoś z nich. Powiedziałam jej – Mamo, minęło 25 lat, nikogo tu już nie znasz. Poszła mimo to i zdała sobie sprawę, że jej dawne mieszkanie było teraz zajęte przez jej pediatrę, który w dodatku był najlepszym przyjacielem jej matki. Zdecydowaliśmy więc, że zadzwonimy. Drzwi otworzył nam starszy mężczyzna, spojrzał na stojącą w progu matkę, ale jej nie poznał – kiedy widział ją ostatnim razem miała 14 lat. Mama rozpoznała go natychmiast i od razu zaczęła płakać. – To ja Vana – powiedziała po chwili. Lekarz spojrzał na nią uważniej i też zaczął płakać. Gdy zaprosił nas do środka płakaliśmy już wszyscy – śmieje się Andriana.

Wizyta w dawnym domu mojej mamy, była najbardziej niezwykłym i poruszającym wydarzeniem, jakie mnie w życiu spotkało, jednym z tych momentów, które pamięta się do końca życia.

Fot. M. Jahns
Andriana: Czasem odpowiadam, że nie należę do żadnego miejsca.
Ateny, październik 2019.

Spiros

Kiedy komunizm w Albanii upadł, wszystko inne upadło razem z nim. Sytuacja w kraju była na tyle ciężka, że kiedy w 1991 roku otwarto granice wiele osób z Albanii postanowiło wyjechać do Grecji w poszukiwaniu pracy. Między nimi znalazł się też mój ojciec – opowiada Spiros. Początkowo ojciec myślał, że wyjeżdża tylko na kilka lat, ale kiedy w 1993/1994 roku sytuacja w Albanii jeszcze bardziej się pogorszyła, mieliśmy w tym czasie w kraju swojego rodzaju wojnę domową, rodzice stwierdzili, że będziemy bezpieczniejsi, jeśli wszyscy przeniesiemy się do Grecji. Jestem więc też swojego rodzaju uchodźcą – śmieje się Spiros.

Rodzina Spirosa wywodzi się z greckiej mniejszości zamieszkującej południową część Albanii. – W przeszłości nasza wioska, jak i cała okolica, zamieszkana była przez greckich chrześcijan. Po II wojnie światowej, kiedy wytyczano nowe granice północna część greckiego Epiru, w tym wioska, w której mieszkali dziadkowie znalazła się po albańskiej stronie. Moi rodzice i ja urodziliśmy się więc w Albanii.

Po przyjeździe do Grecji rodzina Spirosa początkowo zamieszała na wyspach, ale po kilku latach, za namową innych członków rodziny, jego rodzice postanowili przenieść się do Elefsiny. – Elefsina to miasto pod Atenami jest tam dużo przemysłu, w którym pracuje wielu imigrantów oraz Greków przybyłych z innych części kraju – tłumaczy Spiros.

Ojciec zawsze ciężko pracował – w Albanii, w kopalni; po przyjeździe do Grecji, na budowie; później w Elefsinie, jako robotnik w fabryce. Mimo to nie było mu łatwo wyżywić sześć osób, dlatego mama też postanowiła znaleźć pracę. Na początku sprzątała klatki schodowe, później zaczęła pracować jako opiekunka osób starszych. Byliśmy raczej biedną rodziną, ale ojciec robił co mógł, żeby zapewnić nam wszystko, czego potrzebowaliśmy.

To że jest inny, Spiros poczuł po raz pierwszy, kiedy poszedł do szkoły. – Dzieci z Albanii mówiły mi: Jesteś Grekiem! Greckie dzieci mówiły: Nie jesteś Grekiem, jesteś Albańczykiem! A ja myślałem sobie – Kim w takim razie do cholery jestem?

Z nauczycielami również miałem problem, przede wszystkim dlatego że nie byłem ochrzczony. Moi rodzice byli komunistami i dlatego mnie nie ochrzcili. Miałem szczęście i cieszę się, że tego nie zrobili, ale kiedy byłem mały wcale się nie cieszyłem. Byłem jedynym dzieckiem w całej szkole, które nie chodziło na religię. Przez godzinę musiałem siedzieć sam pod klasą czekając aż zajęcia się skończą. Przez to dla wielu nauczycieli stałem się „tym chłopakiem, który nie chodzi na religię”. Niektóre dzieci śmiały się ze mnie, mówiły że śmierdzę, bo podczas chrztu nie nasmarowano mnie olejem. Takie bzdury – Spiros kiwa głową na potwierdzenie własnych słów.

Po przeprowadzce do Elefsiny postanowiłem więc, że będę wybierał sobie znajomych spośród dzieci, które też nie były Grekami. Zacząłem trzymać się z innymi imigrantami z Albanii, Polski, Pakistanu.

Spiros zaczął mieć problemy z policją kiedy skończył 15 lat. – Zaczęliśmy wtedy przesiadywać po szkole z chłopakami na placu niedaleko naszego domu i za każdym razem kiedy przejeżdżała koło nas policja radiowóz zatrzymywał się, policjanci wysiadali, pytali nas o dokumenty po czy zabierali nas na komendę, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku z naszymi papierami – opowiada Spiros. – Pierwszych kilka razy bardzo się bałem, nie wiedziałem, o co chodzi. Trzymali nas na posterunku po kilka godzin, po czym wypuszczali. Ci sami policjanci zatrzymywali nas nawet kilka razy w tygodniu. Miałem 15 lat i nie mogłem wyjść z domu bez dokumentów. Do tej pory nie wiem, dlaczego nam to robili.

Regularne zatrzymania sprawiły, że Spiros i jego znajomi zaczęli traktować ich interakcje z władzami jak grę. – W dzień dawaliśmy się spisywać, wieczorami obrzucaliśmy ich samochody kamieniami albo malowaliśmy graffiti na radiowozach. Przez to, jak nas traktowali, zacząłem nienawidzić policji, zostawiłem komunistów i zostałem anarchistą – z uśmiechem dodaje Spiros.

Kiedy w 2015 roku do Grecji zaczęli przybywać uchodźcy mój dom był pełen – ludzie z całej okolicy przynosili nam ubrania i jedzenie, chcieli żebyśmy przekazali je potrzebującym. Wszyscy myśleliśmy wtedy, że musimy coś zrobić, że my też kiedyś byliśmy w tej sytuacji. To był dla nas bardzo poruszający czas. Jednego dnia zaszła do nas starsza para. Przyszli do naszego domu, rozłożyli swoje zakupy na stole i zaczęli je dzielić: Dobrze zatrzymamy sobie dwa pomidory, dwa pomidory damy uchodźcom; i tak podzielili całe swoje zakupy. Stałem tam, patrzyłem na to i myślałem sobie – to jest dopiero solidarność, do cholery.

Jeśli spytasz mnie, czy czuję się Grekiem, czy Albańczykiem, odpowiem Ci, że żadnym z nich. W różnych sytuacjach, na różne sposoby staram się jednak wykorzystać swoją historię, na przykład, gdy rozmawiam z uchodźcami, pracuję z nimi od 4 lat, często mówię im że pochodzę z Albanii. Staram się im powiedzieć – Też jestem imigrantem, uchodźcą i zobacz co robię, ty też możesz tak pracować.

Fot. M. Jahns
Spiros: Jeśli spytasz mnie skąd jestem, odpowiem Ci, że z Elefsiny.
Ateny, październik 2019.