Muzycy na dwie zmiany

By: FARKA

Dorota Meszka

Na pierwszy rzut oka niczym się nie różnią. Schowani w tłumie, krążącym cyklicznie wokół starej klatki schodowej, ze zmęczonymi twarzami, dłońmi zaciśniętymi na ramionach plecaka czy też torby. Zwykli uczniowie – tylko te ręce jakieś dziwnie wychudzone, paznokcie dokładnie przypiłowane, a opuszki z już dawno zatraconym kształtem owalu.

Tak najłatwiej ich poznać. Chyba, że jedna ze smukłych dłoni zajęta jest niesieniem pokrowca z instrumentem czy torby z nadrukiem z partyturą, wtedy nawet niepotrzebny jest żaden specyficzny, choć jakże skuteczny, identyfikator. Wówczas widok zarówno podkrążonych oczu, jak i wychudzonych palców zdaje się dziwić jakoś mniej. To, co natomiast dziwi, to fakt, że spotykając ich codziennie, oni nadal z niestrudzonym zapałem wychodzą ze szkoły, by zaraz skierować się do następnej i całe popołudnie spędzić na swojej edukacji muzycznej, ciężkiej i mozolnej, często z niewidocznymi dla krótkowzrocznych skutkami.

W każdym z krakowskich liceów osób takich jak te, wśród korytarzowego tłumku, jest co najmniej kilkanaście. Mowa o nastoletnich pasjonatach muzyki, tych, którzy decydują się na życie na dwie zmiany – jedna, poświęcona uczeniu się w szkole średniej, druga, poświęcona szkole muzycznej. To ci, którzy na tyłach zeszytu od biologii bazgrzą rozwiązania dominant septymowych, zaś w zeszycie do nut liczą deltę; nuty na instrument mieszają się w jednej teczce z notatkami.

Trzy osoby spośród tej grupy, Dorota, Łucja i Julia spotkały się w jednej klasie w gimnazjum. Wydawać by się na początku mogło, że ze sobą nie będą miały nic wspólnego – inne z charakteru, ich mocne strony edukacyjne kompletnie różne od siebie, a to przecież wśród dzieci nastawionych na naukę wydawało się być sposobem na znalezienie znajomych. Do czasu pierwszej lekcji muzyki, gdzie na pytanie „kto jest ze szkoły muzycznej?”, we trzy uniosły ręce do góry. Każda z nich mająca inną historię swojej przygody muzycznej, każda zmotywowana do nauki – choć mogły nastawione być na najgorsze. Dyrektor ostrzegała już na dniu otwartym – „u nas w szkole nie ma miejsca na bycie gwiazdą estrady”. Znaczna ilość nauki, która miała zapewnić dostanie się do najlepszych liceów w mieście wydawała się być przeszkodą wystarczająco dużą, by zniechęcić dzieci do dalszej edukacji muzycznej – tak się jednak nie stało.

Od zakończenia gimnazjum minęły niespełna dwa lata, ale dziewczyny, tak jak dziesiątki innych licealistów, którzy kontynuują swoją przygodę z muzyką, nie tracą zapału do pracy – chociaż z roku na rok robi się coraz ciężej.
– Nauczyciele radzili nam, że jeśli się nie dostaniemy do szkoły, do której chcemy, to żebyśmy pisali w odwołaniu, że jesteśmy z muzycznej, bo to zwiększa szanse przyjęcia – mówi jedna z dziewcząt.
Stereotyp dzieci ze szkół muzycznych w środowisku nauczycielskim jest dobrze znany – ambitni, pracowici, zorganizowani, dobrzy z matematyki… Chociaż, jak przyznaje większość uczniów, nie do końca ten obraz pokrywa się z rzeczywistością.
–Matematyka nigdy mi nie szła szczególnie dobrze – przyznaje Łucja. Z kolei Dorota na uwagę o swojej pracowitości reaguje śmiechem. To chyba tylko taki fałszywy pogląd – stwierdza.
Ale w tym wszystkim, co krąży w środowisku pedagogicznym, ziarno prawdy jest – w dodatku dość spore. Bo to, co charakteryzuje młodych muzyków, to perfekcjonizm i wytrwałość w dążeniu do celu, którego uczą się poprzez uporczywe ćwiczenie, a czasami aż do przesady te cechy uwydatniają się w ich życiu akademickim. Z jednej strony słyszą od nauczycieli, że trzeba sobie znaleźć moment, gdy wiadomo jest, że zrobili wszystko, co mogli, ale przecież nie pokrywa się to z ich muzycznymi przyzwyczajeniami, gdzie nie ma momentu, w którym wszystko jest zrobione dobrze – bo przecież zawsze może być lepiej.

Na pytanie, co lubią najbardziej, ze śmiechem odpowiedzą zgodnie, że sen. Na drugim miejscu, ustępując honorowej, pierwszej pozycji, będzie „muzyczna”. I wtedy wydaje się, że przez moment jakoś uwydatniają się na ich twarzy zakrywane cienie pod oczami, a gdzieś ukradkiem ziewną ze zmęczenia kilkukrotnie.
– Spanie jest fajne, szkoda tylko, że nie ma na to czasu – w ten sposób określają swój stosunek do tej czynności.
A potem mówią o tych wszystkich sytuacjach, gdy źli na samych siebie idą na lekcje nieprzygotowani, bo zabrakło czasu na ćwiczenie i nie mogli się odpowiednio przygotować. Albo o niezliczonych zarwanych nocach, gdy siedzieli do późna, by zrekompensować czas na naukę, który poświęcili na muzykę. Tak jest w kółko, przyznają, że coś trzeba wybrać, coś trzeba poświęcić.
– Ja już sama zresztą nie wiem, w której szkole spędzam więcej czasu – stwierdza z rozbawieniem Julia.
W dzienniku młodych licealnych muzyków jest cała masa zwolnień i nieobecności, argumentowanych w ten sam sposób – „zajęcia w szkole muzycznej”. A to warsztaty, a to egzamin, a tu trzeba było zostać w domu i się przygotować. Bieganie z jednego miejsca w drugie to już dla nich norma. Rozkłady tramwajów i autobusów znają na pamięć, po dzwonku ogłaszającym koniec zajęć, przygotowani są do sprintu na najbliższy przystanek. Kierunek – Basztowa, Józefińska, Wlotowa, Plac Centralny… byle zdążyć, może przy okazji wpadając na krótką chwilę do domu.

Zdarza się, że wtedy i pozytywnie nastawiony nauczyciel z czasem traci swoją cierpliwość. Młodzież słyszy wtedy „trzeba się zdecydować, nie można robić dwóch rzeczy na raz. Dlaczego? Bo nie można”. Z samych wyników uczniowie też nie zawsze mogą być zadowoleni – Wiem, że coś zepsułam i chciałabym temu poświęcić więcej czasu, ale kiedy? Doba nie jest z gumy, chociaż by się chciało.

Przez taki styl życia ciężko u nich również ze spotkaniami towarzyskimi. – Z tym jest najgorzej– przyznają, bo w trakcie ich biegów z jednej placówki do drugiej, znajomi ze szkoły spędzają razem czas i włóczą się po mieście. Spontaniczne wyjścia rzadko wchodzą w grę, umówić się też jest ciężko, bo cały tydzień zajęty, a w weekend też zdarzają się próby. I mówią o tym nieco przygasając, myśląc o tych wszystkich kolegach, z którymi kontakt stopniowo się zaciera, ograniczając znajomości jedynie do tych zawieranych w obu szkołach.
– Namawiają mnie, żebym nie szła, ale to tak nie działa, mało kto to rozumie, że nie mogę nie iść – mówi Łucja.
Bo tak naprawdę mało kto w ogóle rozumie, jak tak naprawdę działa ich życie. I nauczyciele w tej swojej sztucznej wizji uczniów, irytujący się, gdy im nie idzie w szkole, i koledzy, którzy nie rozumieją, że to jest obowiązek, a słysząc, że „musi”, że „trzeba”, pytają się: w takim razie po co tam chodzisz?
A to wytłumaczyć jest najtrudniej.

Wydawać się może, że w tym całym zawirowanym życiu, gdzie ciężko znaleźć czas na cokolwiek, gdzie wydaje się być w ciągłym biegu, gdzie sen jest najcenniejszym fragmentem dnia, nie ma odpowiedzi na pytanie: „po co?”. Albo „dlaczego?”. Porównać taką aktywność można raczej do masochizmu, aniżeli jakiejkolwiek formy przyjemności i miłego spędzania czasu.

Odpowiedź jednak jest. Zakorzeniona głęboko w przeszłości, w momencie, gdy po raz pierwszy w ich życiach doszło do zetknięcia się z muzyką, gdy młodzi adepci trafili na pierwszą lekcję instrumentu, gdy poznali społeczność, która dzieli z nimi te same zainteresowania i chce się rozwijać w tym samym kierunku. W chwili, którą każdy z nastoletnich wirtuozów przeżył w swoim życiu, można dostrzec moment zakorzenienia się tego, co stanowi motor napędowy do całej mozolnej pracy i działań, które wśród rówieśników wydają się być nonsensowne – tą siłą, która daje tak niezrozumianą motywację do działania, jest muzyka.

Odkrycie tej bliskiej więzi z muzyką może nastąpić bardzo wcześnie lub nadejść później, czasami wymaga nawet rezygnacji, by potem móc odkryć ją na nowo, jednak w momencie, w którym ci młodzi ludzie odkrywają, jak istotną rolę sprawuje w ich życiu ta dziedzina sztuki, dochodzą do tego, że mimo tak wielu poświęceń, zmęczenia i pracy, tak naprawdę nie wyobrażają sobie tego, by w ich życiu nie było obecnej muzyki. A to zatrzymuje ich już na długo – mimo tego, że z czasem robi się coraz ciężej.

Uczniom tym chwile zwątpienia zawsze się zdarzają – i to wcale nie tak rzadko. Wystarczy kilka gorszych ocen, źle zagrany egzamin, czy nawet natłok pracy w obu szkołach, żeby niechęć i zmęczenie przejęły górę nad ambicjami i w myślach muzycznej młodzieży pojawia się myśl, że może łatwiej byłoby po prostu sobie odpuścić i zostawić to wszystko gdzieś. Perspektywa brzmi kusząco – byłoby przecież więcej czasu, wyniki w liceum zadowalałyby innych, nie brakowałoby snu, znalazłaby się chwila na spotkanie ze znajomymi… Mimo tego nie rezygnują.
– Każdy z nas zadaje sobie to pytanie częściej niż się wydaje, szczególnie w momencie, gdy przychodzi czas zdawania do drugiego stopnia. Wtedy nawet od nauczycieli słyszy się pytanie „czy ty się z tym wszystkim wyrobisz?”. Zdajesz sobie wtedy sprawę, że jest prawdopodobieństwo, że nie. Ale bardziej niż się męczyć, nie wyobrażasz sobie tego tak po prostu zostawić.

Szkoła muzyczna, mimo tego, że jest szkołą, stanowi dla jej uczniów coś więcej – to miejsce, gdzie mogą oderwać się od wszystkich dręczących ich spraw codziennych i skupić się na tym, na czym zależy im najbardziej – na muzyce. I nawet gdy powrót do domu wiąże się z kolejną nieprzespaną nocą spędzoną na nadrabianiu lekcji, to każdego następnego dnia znowu biorą do swoich chudych dłoni instrument i ruszają sprintem po skończonych lekcjach na najbliższy przystanek, by na kolejne kilka godzin móc zatracić się w swojej pasji.

Młodzi muzycy „na dwie zmiany”, mimo że o tym nie mówią, niechętnie patrzą w przyszłość. Chociaż perspektywa dobrych studiów po nauce w liceach z wysokim progiem zdawalności matur nie jest dla nich niczym zaskakującym, to nie do końca im ona wystarcza. Gdzieś z tyłu głowy mają nadzieję, że w swoim dorosłym życiu pozostanie element pasji, której przecież tak wiele poświęcają – choć szanse na to są niewielkie.

Na lekcjach muzyki w gimnazjum Dorota, Łucja i Julka słyszały przecież o tym pianiście, który uczył się dobrze, nawet do „piątki” poszedł, a startował w Konkursie Chopinowskim. Są też przecież inni, którzy radzili sobie z obiema szkołami i zostali muzykami. No ale… kilka lat spóźnienia, bo przecież nie zaczęły w pierwszej klasie, nie grają jak w muzycznych szkołach ogólnokształcących, bo brakuje tyle czasu, a z pracą też u muzyków jest średnio… Choć chciałoby się móc żyć z tej pasji, to nie do końca jest jak.
Demotywuje.
Ale muzyki nie zostawią…
Pozostają tylko nieśmiałe plany, że gdzieś pomiędzy może uda się wcisnąć choć trochę tej muzyki. I codzienny bieg do murów szkoły muzycznej, z chudymi palcami zaciśniętymi na futerale.

Reportaż został wyróżniony główną nagrodą w II Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż „Mam Muzykę…”, adresowanym do młodzieży.

Back to Top