Kolonia

By: FARKA

Dawid Pych

Kolonia

Źródło: Wikipedia

Opowieść o normalnym osiemnastoletnim chłopaku ze zwykłego liceum, co skorzystał z tradycyjnego programu oferującego typowe wakacje w USA. Żeby zobaczyć Statuę Wolności. Musiał się tylko nauczyć myć amerykańskich niepełnosprawnych. No i zmieniać im pampersy. Spać po trzy godziny. Robić to przez trzy miesiące. Dowiedzieć się o wszystkim w trakcie.

Wyjazd do Stanów był od zawsze jego marzeniem. Nowojorskie wieżowce, waszyngtońskie gmachy państwowe, mosty w San Francisco, Grand Canyon, Niagara, Dolina Śmierci, Yellowstone. Kto by nie chciał tego wszystkiego zobaczyć? Mateusz musiał czekać, ale nie chciał. Za młody na wizę. Za stary, żeby wiz nie było.

Wtedy zobaczył ogłoszenie. Za dwa i pół tysiąca złotych światowa agencja Camp America pomoże w znalezieniu pracy w ośrodku kolonijnym w Stanach. Na około trzy miesiące. Potem za zarobione w USA pieniądze można przez nawet trzydzieści dni podróżować. Podjął decyzję, kiedy tylko zobaczył ogłoszenie. Początkowy entuzjazm ochłodził wymóg większości ośrodków: przynajmniej dwadzieścia jeden ukończonych wiosen, lat, jesień i zim.

Okoliczności są jednak jak prawda, mogą być szczęśliwe. Wkurzenie, bieda i Trump to też prawda, ale nie w stanie Nowy Jork. Kiedy trochę czasu temu odmówił ostatni imigrant, kiedy stawka minimalna dla Amerykanów wzrosła do siedmiu dolarów, wtedy szefowa ośrodka dla niepełnosprawnych pod Nowym Jorkiem zmieniła politykę. Wystarczy paszport, wiza i osiemnaście lat, by zaprosiła cię do pracy. Mateusz dwa lata przed maturą zaczął zbierać papiery.

Wtedy poszedłem na targi pracy w Krakowie. Było wielu dyrektorów. Przybyło około pięćset osób. Pogodziłem się, że nie tym razem. Na szczęście, z pomocą mojej konsultantki, wszedłem pierwszy i od razu udałem się na rozmowę ze wskazanymi przedstawicielami. Powiedzieli, że obozowicze to osoby z „dolegliwościami”.

Dyrektorzy innych ośrodków nie mówili nic o dolegliwościach, ten był jedynym. I tylko tu mógł pojechać w wieku osiemnastu lat.
Do marzeń było bliżej niż z piątej na szóstą awenju. Ciekawość konsula w stylu „a po co to?”.  Czterdzieści jeden pytań z formularza.
14. Data i miejsce urodzenia żony/męża.
19. Wysokość miesięcznych zarobków netto.
36. Czy przeszedł Pan szkolenie w zakresie broni palnej, materiałów wybuchowych, broni nuklearnej, chemicznej lub biologicznej?
37. Czy brał Pan udział w jakimkolwiek konflikcie zbrojnym lub był jego ofiarą?

Odlot! Siedem tysięcy kilometrów i trochę mniej mil. Amerykanie w zgodzie z dawnymi kolonizatorami inaczej zapisują kilometry. Przy lądowaniu pierwsze rozczarowanie. Z samolotu nie widać Empire State, Statui, a jedynie nic ciekawego.

W Hunter międzynarodowy personel przywitał go z uśmiechem. Jakaś Irlandka opowiedziała coś o wakacjach marzeń. Brawa. Nawet liverpoolczycy nie zrozumieli jej akcentu. Nieważne. Ten dała na drugą sylabę „hello” amerykańsko-meksykańska dyrektorka. Brawa. Na koniec ktoś z Australii dodał coś o dniach wolnych. Oprócz Mateusza, australijskich słówek nie skumały też dzieci z miasta Woody’ego Allena.

Pierwszej nocy spełniła się zapowiedź pogodynki z samolotu. Osiem stopni i deszcz. Pod cieniutkim kocykiem, w drewnianym domeczku, z jedną dziurą przy głowie Mateusza, drugą przy jego nodze, było chłopakowi zimno. Gdyby wiedział co będzie, jak przyjadą obozowicze, to by się mógł pocieszać, że najgorsze przed nim. Ale tej nocy mu się to nawet nie śniło.

Pierwszy piątek po niedzieli

Był ósmy czerwca albo szósty sierpnia. Na złość kolonizatorom Amerykanie inaczej zapisują dni. Mateusz czekał na szkolenie. Wraz z nim inni młodzi, spędzający wakacje w USA. Na ucho znajome akcenty, z Anglii, Jamajki, Irlandii i RPA. Na oko – z tego samego miejsca w zglobalizowanym świecie.

Siedzieli w stołówce. Przy jednym z trzydziestu stołów. Z karteczką „21/22”. Później nakrytym dla takich dwóch, co unikają laktozy oraz czterech wszystkożerców i trzech, co to lubią tylko ciecze, ewentualnie zmłuconego w buzi kotleta. Póki co, tych obozowiczów jeszcze nie było. Przyszli opiekunowie siedzieli w oczekiwaniu i robili, co się w czasie oczekiwania w siedzeniu robi. Rozmawiali. Brytyjczyk z lwim, rudym afro, zaczął od wyznania o biseksualności. Był drugi raz na kampie. Wiedział o nim wszystko. W tym roku mieli przyjechać ci sami obozowicze. Mateuszowi nie robiło to różnicy. Bał się wszystkich. „Rude afro” zaczęło opowiadać o jednym:

– Steve ogarniał cały kalendarz sto lat wstecz. Tylko usłyszał datę twoich urodzin i już mówił, czy to była sobota, a może wtorek. Znał XX wiek lepiej niż jakikolwiek historyk! Nie wiem jak XIX … Niestety. Nikt nie pomyślał, żeby go zapytać o Lincolna – mówił z wypiekami.

„Tego nie wolno!”

Szkolenie prowadziła Polka. Taka z Manhattanu. Prawdziwego. Nie placu targowego na Białoruskiej w Krakowie. W mieście królów spędziła tylko młodość i wyjechała niedługo przed wyborami czerwcowymi. Decyzja była słuszna, bo na miejsce dojechała wypolerowanym Cadillaciem z lat siedemdziesiątym. Zarabiała na niego ucząc ludzi ich odpowiedzialności karnej przy opiece nad niepełnosprawnymi.

Z obozowiczem nie zostaje się sam na sam. Nowojorskie prawo przyznaje rację tym, którzy nazwą się ofiarami gwałtu. Oskarżonego nikt nie będzie pytał. Uważać powinni nawet opiekunowie sparaliżowanych. Zawsze jakiś schizofrenik może zajrzeć przez okno i donieść z wymyśloną historią. Bez świadka to kłopot.

A co w sytuacjach kiedy obozowicz nas zaatakuje? Czy wolno nam się bronić? – zapytała pani Polka. Nikt nie odpowiedział, nikt nic nie wiedział. Z dwustu przybyłych z całego świata opiekunów, tylko około trzydziestu opiekowało się wcześniej niepełnosprawnymi. Tylko dziewięciu z zeszłorocznych dwustu, było dziewięcioma z dwustu również w tym roku.

Czy wolno nam się bronić? – powtórzyła pytanie swoją idealną angielszczyzną. – Co byście zrobili gdyby obozowicz rzucił się na was z pięściami? Po ciszy sądzę, że nic. I dobrze, bo dokładnie tyle wolno wam zrobić. Nie łapcie nawet za nadgarstki. Wiem, że to najskuteczniejsza metoda powstrzymania. Zostają jednak ślady i rodzice mogą nie być szczęśliwi. Krzyczcie po pomoc, trzymajcie gardę.

Jeżeli mój obozowicz będzie jednym z tych przykutych do łóżka, którzy nie uciekają, to mogę go zostawić na chwilę, żeby pomóc takiej osobie? – zapytała jakaś Węgierka.

A jak chcesz pomóc? Przecież siłą nie możesz. Zostawienie obozowicza to przestępstwo. Departament zdrowia co jakiś czas robi niezapowiedziane kontrole. Jeżeli kontroler zobaczyłby takie zachowanie, to nie tylko ty, ale też dyrektorka, miałaby problem. Dlatego dyrekcja też będzie was obserwować. W trudnej sytuacji trzeba pójść po „panią psycholog Christine”, która zawsze jest gdzieś na kampie i umie w każdej sytuacji uspokoić obozowicza – odpowiedziała pani Polka. Nie wiedziała, że „pani psycholog Christine” odejdzie już drugiego dnia po przybyciu obozowiczów. Zaatakuje ją dwumetrowy autysta i udowodni, że jednak nie każdego potrafi uspokoić. Przez cały trzy miesiące, kiedy na kampie będzie przebywać średnio 150 obozowiczów, wymieniających się co kilka tygodni, nie znajdzie się nikt w zastępstwie. Nieświadoma tego wszystkiego, Pani Polka kontynuowała swój wykład na tematy różne, połączone słowami „nie wolno”.

Wszystko gra

Na śniadanie była jajecznica, a lunch nie obył się bez kurczakowych tenders. Do tego sałatka z sałaty i  pomidor z GMO. Nikt tego nie zjadł, dorzucili do kolacji – pizzy na rozmrażanym cieście, przegryzionej chipsami. Światowa Organizacja Zdrowia już dawno wykreśliła je z listy produktów wydłużających życie, ale Amerykanie nie czytali tej dyrektywy.

Do przyjazdu obozowiczów został ostatni z szesnastu dni. Pierwszy wolny. Resztę poświęcili na szkolenia i poznanie nieprzysługujących im praw. Meksykanin Alex, jeden z dziewięciu powracających, podszedł do Mateusza. Opowiedział mu o obozowiczu, którego dostanie pod opiekę. Mówił po angielsku z ładnym akcentem. Szkoda, że nie angielskim.

Amadeus wstaje od 80% swoich trzydziestu lat o siódmej. Następnie w czasach Spotify wyciąga stary magnetowid. Włącza „poplistę”, czy inne „złote przeboje”? Nie! Bruce’a Springsteen’a, czy co tam jeszcze znajdziesz na kasetach? Nie! Dla niego tylko złoty XVIII wiek i symfonie mistrza Mozarta. Amadeus na „dzień dobry” bierze więc gumową piłkę gimnastyczną. Siada na niej z magnetofonem. Przez następne parę godzin będzie tak sobie skakał. Do przodu i tyłu przesuwał utwór. W końcu się Mozart kiedyś namęczył. Mógłby tak godzinami … – Alex się uśmiechnął, przestał uśmiechać, dodał – I to jest najgorsze. Jeść przecież musi! Piłką starł już podłogę, palcami przyciski, a magnetowidem kasety. Ale w tym samym rytmie, siedem dni w tygodniu, skacze i słucha. 168 godzin w tygodniu! 168! No z przerwami na sen. Ale 168! Co zrobić, żeby z głodu nie umarł? 7 dni jest w stanie człowiek wytrzymać bez jedzenia, i on te ostatnie 168 godzin spędziłby na symfoniach, czy innym gównie – opowiadał Alex, za zielone najlepszy przyjaciel Amadeusa w czasie jego późniejszego 168-godzinnego pobytu na kampie.

Goście

Przyjechali o siódmej. Mateusz czekał i uśmiechał się szeroko. Kazali. Rodzice mają być pewni, że oddają pociechy pod dobrą opiekę, nie jakimś amatorom. Mateusz za takiego się miał, ale nadrabiał uśmiechem. Pociechy miały na oko po 30-40 lat. Rodzice powinni mieć z 50-70. Nie wyglądali. Uśmiechał się więc pewnie do jakiś prawnych instytucji.

Autobusy odjechały, a po kampie zaczęło się poruszać wiele nowych osób. Na przykład dziewczyna z fioletową jak denaturat twarzą i wystającą z niej połową szczęki. Chłopak chętny do bujania się na huśtawce z maksymalnym wychyleniem po 10 godzin dziennie. Czarna pani śmiejąca się z tego, że ktoś może biały. Charles, którego trzeba było regularnie zakrywać ręcznikiem, ponieważ widok osobniczki płci żeńskiej powodował u niego zbyt dużą chęć masturbacji. Prawo zabrania przerywać.

Pojawiła się więc setka gości bardzo specjalnych. John nie ruszał nogami, ani rękami. Tylko szczęką i oczami. Nie mówił, trochę widział. W tym twarz ze szklankami w oczach młodego Polaka. Mateusz od paru dni wiedział, że dostanie do opieki „warzywo”. Sparaliżowaną osobę, o której słyszał tylko z reklam kampanii zniechęcających do skoków na główkę. To nie był ktoś z „dolegliwościami”, jak mówili na rekrutacji w Warszawie. To nie był zabawny szaleniec z historii o autyście skaczącym na piłce z magnetofonem. Mateusz, który jeszcze niedawno zaliczał „Potop” myśląc gdzie na studia, dostał do opieki dziewięćdziesiąt kilo trzydziestoletniego, bezwładnego mięsa.

Dyrektorka nie chciała na ten temat dyskutować. Dlaczego kilku starszych i doświadczonych dostało łatwiejsze osoby? Dlaczego niektórzy obozowicze mają po trzech opiekunów, a on jest sam? Dlaczego nie przydzielili mu półgłupka, który sam się sobą zajmie i będzie przez pół dnia oglądać bajki? Dlaczego wcześniej nie przestraszył się słowa „dolegliwości”? Dlaczego szefostwo na jego pytania odpowiada „dlaczego ?” ?

To ten kraj jest niepełnosprawny, uznał jak wielu. Mając osiemnaście lat, bez kwalifikacji, mógł prawnie zostać całodobowym opiekunem niepełnosprawnego. Jednak gdyby tylko chciał pracować w kuchni w tym samym ośrodku, myjąc talerze, a nie tyłki, podnosząc worki owoców, nie nogi „warzywa”, to powinien mieć dwadzieścia jeden lat, status studenta, uzupełniony plik „kitchen experience”.

Dolary za funty

Na początek pojechali do domku. John potrzebował wymiany pieluchy. Tylko, że jak to bywa z Amerykanami, ważył inaczej. W funtach. Niby dwieście tych funtów to nie tyle samo kilo, ale Mateusz nie poczuł różnicy i Johna nie podniósł.

W pokoju były ich cztery pary. Z opiekunów jeszcze jakiś Jamajczyk, Chorwat i ktośtam. Pół godziny wystarczyło, by dwóch z nich złamało prawo. Zostawili swoich obozowiczów i pomogli Mateuszowi. Podnieśli Johna, a Mateusz zaczął ściągać pełnego pampersa. Rękawiczki nie pomogły, ale o tym dowiedział się ściągając je. Następnie chciał wytrzeć amerykańskie cztery litery. Zwykłym papierem źle wychodziło. W szafce znaleźliby wilgotne chusteczki, ale opakowanie było akurat puste. Prysznic wieczorem, teraz tylko opłukał pachy. Bliski zwymiotowania, przegrał ze strachem przed złamaniem zasad kampowej higieny.

Mając czwórkę sparaliżowanych, zmieniali się po kolei. Zajęło to ponad godzinę. Później poszli na śniadanie. Mateusz omal nie przegrał z Newtonem i jego grawitacją. Kamp leżał w górach, z domku do jadalni musieli stromo wjeżdżać. Owszem, takie męczarnie przeżył kiedyś każdy rodzic na spacerze z maluchem. Ale, czy ważył dziewięćdziesiąt kilo?

W jadalni nie wolno im było zacząć jeść, dopóki nie skończy obozowicz. Śniadanie trwało pół godziny, a John nie śpieszył się z przeżuwaniem. Skończył minutę przed czasem. Nie było problemu. Mateusz, jak większość, nie miał apetytu. Stoły jedzenia poszły więc do kosza. Dyrektorka nie widziała problemu, bo „w USA jest za dużo jedzenia”. Silniejszym argumentem były jednak grasujące na tych leśno-górskich terenach niedźwiedzie. Nic ich tak nie przyciągało jak pizza na chodniku. W ciągu trzech miesięcy pojawiały się mniej więcej raz w tygodniu. Nikomu nic nie zrobiły, ale nie jednego nastraszyły. Z ratunkiem przychodziły porozmieszczane wszędzie trąbki, na które misie reagowały ucieczką. Gorzej, jeżeli twój obozowicz miał uszkodzony słuch i nie chciałeś, żeby go stracił.

W rytmie mycia, karmienia, spacerowania, ale głównie siedzenia i pilnowania, minął Mateuszowi pierwszy dzień. Zaczął o siódmej i skończył o jedenastej „pi-em”, co to jest dwudziestą trzecią. Pół godziny po północy była kampowa godzina policyjna. Półtorej godziny przeznaczył na telefon do Polski i rozmowę z Jamajczykiem. Gadali o polskich dziewczynach realizując cel statutowy Camp America o integracji międzykulturowej.

A poniedziałek przychodził jak zwykle po niedzieli. Amerykański tydzień wygląda dokładnie jak nasz. Mateusz już zasypiał i bawił w matematykę. Dwa i pół miesiąca to siedemdziesiąt pięć dni. Dostanie tysiąc pięćset dolarów. Jasno wychodzi dwadzieścia zielonych dziennie. Za dziewięćset sześćdziesiąt minut pracy. To jest dolar dwadzieścia pięć za godzinę. Byłby i z tego chłopak szczęśliwy, gdyby wiedział, że później parę razy będzie musiał też pracować nocą. Bez zmiany stawki.

Kolorowy epizod

Amerykanie inaczej zapisują temperaturę. Jak któregoś dnia było trochę chłodniej, to około 77 Fahrenheitów. Niby tylko dziewięć mniej niż dzień wcześniej, gdy spoconymi rękami trudno było utrzymać wózek schodząc z górki przypominającej zjazd narciarski, ale odczuwalnie.

Mateusz skorzystał z rekomendowanej pogody. Dzień wcześniej miał swój jeden dzień wolny z tygodnia, teraz wracała codzienność. Towarzyszyły mu dwie, kilka lat starsze Polki. Integracja międzykulturowa celem kampu, ale kto cię lepiej zrozumie po Polsku niż Polak?

Ania pracowała na basenie. To nie takie proste jak kropla wody. Czasem ktoś się podtopił, inny dostał epilepsji. Jak z niej ratować nauczyła Anię praktyka. Może krótki kurs na kampie. Definicja o przewlekłych zaburzeniach neurologicznych ze studiów nie bardzo.
Akurat miała dzień wolny, ale nie miała gdzie iść. Kamp był w lesie, górach, wiosce. Autem trzy godziny od Nowego Jorku. Tak jak reklamowali. Ale w Stanach benzyna stoi dwa złote za litr, prawko robi się po szesnastce, a tylko dla Ani nikt autobusu nie podstawi.
Dlatego szła z Mateuszem, Weroniką i Fioletową.
Wiecie, że jestem fanką Metsów ?
Weronika była opiekunką Fioletowej.
– Uwielbiam Metsów i One Direction.
Weronice też powiedzieli tylko o „dolegliwościach”.
– Ale mam czapkę! Metsów!
Fioletową nazywali Fioletową, bo była fioletowa.
– Kocham One Direction. Jesteście piękni.
Gdyby była biała, czarna, albo żółta, taka jak inni, to wołaliby na nią „Męcząca”.
– Metsi są naaaaprawdę dobrzy w tym roku!
Mówiła tylko o Metsach, One Direction i urodzie innych.
– Jesteście piękni!

Między Fioletową, a Johnem były wyraźne różnice. Mężczyzna-kobieta, bezwładny-sprawna, biały-fioletowa.
John szantażował fizycznie. Współpracował z grawitacją nawet na basenie. Mateusz przenosił go na specjalny, pływający wózek, a on z niego ześlizgiwał się w dół. Walczyli tak pół godziny, chyba że Ania gwizdkiem zakończyła pojedynek, ogłaszając burzę i powrót do domków.

Fioletowa szantażowała wytrawniej, bo psychicznie, powtarzając codziennie te same zdania. Po tysiąc, czy może milion razy. Kto by liczył? Raz w tygodniu Weronika zabierała ją na rozmowę telefoniczną, najczęściej z sekretarką. Mama zajęta była z reguły zarabianiem na kosztujący czterysta dolarów dziennie ośrodek. A może nie chciało jej się słuchać o Metsach? Raz obiecała córce wyjście na mecz. Czy wypadło jej szkolenie, czy fitness, czy cokolwiek innego, to nie ważne. Fioletowa i tak wszystko zapominała po książkowych kilkudziesięciu minutach.

Alarm

Mijał miesiąc z hakiem od przyjazdu do Stanów. Plecy bolały. John źle zniósł fasolkę z ostatniego obiadu. Na dodatek prysznic się zepsuł, a kibel zapchał po raz dziesiąty.

Polak z obsługi technicznej przyszedł z pomocą. Jak na studenta dziennikarstwa przystało, trochę zafajdał sprawę. Zawartość kibla opuściła tenże kibel z wodą, przed przepchaniem, zatrzymała się na czyichś butach. Prysznic się rozkręcił, ale na zimno. Studencik tylko „zsorował” za nieporadność.

Sory za nieporadność. Muszę biec, bo świnie czekają na melony ze śniadania, a grubsze od świń animatorki na wyczyszczenie końskich odchodów. Zajęcia zaczynają się za kwadrans.

Jedną z atrakcji dla obozowiczów były zwierzęta. Autysta mógł pojeździć na kucyku, rodzic sparaliżowanego do tego dopłacić. Dla jego dziecka tylko basen i spacery.

Mateusza czekała nocna zmiana. O dziesiątej „pi-em” czasu wschodnioamerykańskiego i szesnastej środkowo-wschodnioeuropejskiego, koledzy opiekunowie poszli na wolne, a obozowicze – spać.

Już przymykał oczy, ale jeden z nich zaczął skomleć. Mateusz podszedł, ale nie wiedział o co chodzi. Wrócił na miejsce. Pomyślał matematycznie jak na jednym z ostatnich sprawdzianów. Po odjęciu z 75-dniowego pobytu jedenastu dni wolnych, wychodzą sześćdziesiąt cztery dni z kimś pod opieką. Jego pensję (tysiąc pięćset dolarów) obozowicz spłaca więc w niecałe cztery dni (czterysta dolarów dziennie). 60 x 400 = 24 000$. Równowartość jego pensji pójdzie na Camp America. Zostanie 22,5 tys. dolarów dla właścicieli. Po odjęciu pewnie sporych kosztów stałych, wciąż brzmi to jak dobry biznes.

Kumple wrócili równo z godziną ostateczną i poszli spać. Mateusz też chciał, ale miał wartę. Godzinę później z jednego z łóżek zaśmierdziało. Potem wiatr otworzył drzwi i włączył się anty-ucieczkowy alarm. Norma. Sytuacja zdarzała się we wszystkich domkach, z tym że z nich naprawdę uciekali. Ze sparaliżowanymi nie było tego ryzyka, ale przepisy to przepisy.

Polish Dream

Zasnął mimo wszystko, spał kilka godzin, obudził się o siódmej, kiedy trzeba już było Johna ogarniać na poranne śpiewanie piosenek. W wykonaniu innych obozowiczów oczywiście. Po drodze sprawdził mejla. Camp America zgodziła się na szybsze skończenie kontraktu. Poprosił z wielu powodów i z wielu obawiał, ale agencja nie robiła problemów. Musiał się tylko pogodzić z otrzymaniem zaledwie połowy pensji i opłaceniem zmiany lotów powrotnych.

Wyjechał z satysfakcją. Z wiedzą, czego w życiu nie robić. Ze wsparciem rodziców, trzydziestoma dniami na opuszczenie kraju, mógł posiedzieć jeszcze po dwa tygodnie w Nowy Jorku i Waszyngtonie. Marzenia się spełniają. Nawet tak wybujałe, jak powrót do Polski.

Back to Top