IMG_0301

Na werbel marsz!

By: FARKA

Marta Wójtowicz

W Łobzie znowu zamknięto główną ulicę! Na masztach wokół parku i przy urzędzie powiewają flagi różnych państw. Ulicami spacerują ludzie w egzotycznych strojach. Mówią do siebie różnymi językami, wyznają inną religię, mają odmienny kolor skóry. Różni ich wiele, ale łączy jedno – miłość do muzyki, która zespala wszystkich w wielką muzyczną rodzinę w czasie Międzynarodowego Festiwalu Orkiestr Dętych i Big-Bandów w Łobzie.

Reprezentacyjna Orkiestra Dęta Republiki Tuwy podczas XX Jubileuszowego Festiwalu Orkiestr Dętych i Big-Bandów w Łobzie

Fot. archiwum Łobeskiego Domu Kultury. Reprezentacyjna Orkiestra Dęta Republiki Tuwy podczas XX Jubileuszowego Festiwalu Orkiestr Dętych i Big-Bandów w Łobzie.

W 2016 r. mieszkańców zachodniopomorskiego miasteczka i okolic oczarowali muzycy niskiego wzrostu i nietuzinkowej urody – Tuwańczycy. Ci niepozorni ludzie dokonali niemożliwego. Pierwszego dnia pobytu w Łobzie dali koncert śpiewu gardłowego. Drugiego dnia w hali widowiskowo-sportowej pokazali oryginalne widowisko muzyczne, w którym wystąpili w strojach ludowych, jakże odmiennych od naszych. Ale było to tylko preludium do tego, co nas czekało w niedzielę. Ci wspaniali muzycy, a jednocześnie doskonali jeźdźcy wychowani w surowym klimacie Tuwy, zdołali w trzy dni wytresować łobeskie konie do musztry paradnej. W niedzielę niosły one na swoich grzbietach muzyków, którzy cały czas grali orientalną muzykę. Trzeba zaznaczyć, że konie nie były do tego przyzwyczajone. Wcześniej pasły się swobodnie na pastwiskach i od czasu do czasu wykorzystywano je do jazdy rekreacyjnej i hipoterapii. Jakże dziwnie i tajemniczo wyglądała rekrutacja zwierząt. Do każdego konia podchodził szaman–muzyk, patrzył mu głęboko w oczy, dmuchał w nozdrza i po minucie kontaktu stwierdzał, czy koń się nadaje to tego przedsięwzięcia.

Komu zawdzięczamy ten pierwszy w Europie i trzeci w świecie projekt muzyczny? Wszystko to zasługa dyrektora Łobeskiego Domu Kultury Dariusza Ledziona, który dla muzyki byłby gotów pójść do piekła i nie zważa na swój prywatny czas, rodzinę i pieniądze (też prywatne). To właśnie on od 2008 r. prowadzi Młodzieżową Orkiestrę Dętą Łobeskiego Domu Kultury. Wychował już kilka pokoleń muzyków wywodzących się z Łobza, którzy pierwsze kroki stawiali właśnie w tej niepozornej orkiestrze.

Łobeska Orkiestra Dęta ma długą tradycję, ponieważ powstała w 1946 r. Jej pierwszym kapelmistrzem został Mikołaj Słodziński, który przyjechał w 1945 r. do Łobza z zadaniem uruchomienia stacji kolejowej. Wkrótce jego ambicją stało się założenie orkiestry dętej. Początki, jak to początki, łatwe nie były. Wielu muzyków musiał uczyć gry od podstaw. Sporym problemem okazało się również zdobycie instrumentów muzycznych. W związku z tym Mikołaj Słodziński nawiązał kontakt z wojskiem radzieckim stacjonującym na terenie Łobza i w okolicy, z którym wymieniał bimber na instrumenty, a także odpisywał nuty. Wiele instrumentów znalazł też w budynkach opuszczonych przez Niemców, którzy uciekali w pośpiechu przed zbliżającym się frontem. Gdy już skompletował instrumenty muzyczne kolejnym zmartwieniem stało się znalezienie odpowiedniego miejsca na próby. Pierwsze próby, tzw. zgrywki, odbywały się u niego w domu, w czwartki o godz. 16:00. Po Słodzińskim najdłużej batutę dyrygenta dzierżył Lesław Buczek, a od 2008 r. do teraz Młodzieżową Orkiestrę Dętą Łobeskiego Domu Kultury prowadzi Dariusz Ledzion.

Mikołaj Słodziński

Fot. archiwum Łobeskiego Domu Kultury. Mikołaj Słodziński – pierwszy kapelmistrz łobeskiej orkiestry, 1945 r.

Tym, co wyróżnia naszą orkiestrę na tle innych zespołów jest fakt, że wielokrotnie reprezentowała ziemię łobeską na konkursach i festiwalach w dziewiętnastu krajach europejskich. W latach 1993-2017 orkiestra zagrała 791 koncertów (w tym 170 poza granicami kraju).

Orkiestra u Papierza

Fot. archiwum Łobeskiego Domu Kultury. Młodzieżowa Orkiestra Dęta Łobeskiego Domu Kultury podczas audiencji u Jana Pawła II (Watykan 2001)…

 

IMG_6431

… i na polskim cmentarzu wojennym w Katyniu (czerwiec 2009)

Największym osiągnięciem były koncerty w Watykanie podczas audiencji u Jana Pawła II. Jako jedyna orkiestra dęta wystąpiliśmy też dwukrotnie na polskim cmentarzu wojennym w Katyniu, skąd nasi muzycy przywieźli nie tylko satysfakcję, ale również wszy, których niczym nie dało się wytępić. Jedynym ratunkiem dla dziewczyn była intensywna farba do włosów.

Obecnie łobeska orkiestra liczy 38 muzyków. Wielu z nich ukończyło szkoły muzyczne, m.in. Katarzyna Wójtowicz (jako jedyna do tej pory dziewczyna) Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia im. Witolda Lutosławskiego w Stargardzie w klasie trąbki.

Dlaczego grasz na tak mało kobiecym instrumencie? Co cię urzekło w trąbce?

Moja przygoda z trąbką zaczęła się z pozoru bardzo niewinnie, mianowicie moją pierwszą zabawką, jaką dostałam od taty tuż po urodzeniu, był pluszowy miś grający na trąbce. Śmiało można powiedzieć, że gdy się ma takiego towarzysza zabaw od pierwszych dni życia, wybór instrumentu jest oczywisty. Dodatkowym czynnikiem był też fakt, że mój tata gra na trąbce i już jako roczny brzdąc, który nie potrafił dobrze stać na własnych nogach, wydobywałam pierwsze dźwięki z instrumentu.

Jako pięciolatka poszłam z mamą na pokaz musztr paradnych, który odbywał się podczas Majowych Spotkań Orkiestr Dętych i Big-Bandów w Łobzie. W jednej z orkiestr dostrzegłam małego, na oko siedmioletniego chłopca, który mimo wysokiej temperatury i zmęczenia, dzielnie i dumnie maszerował ubrany w mundur orkiestry i grał na trąbce. „Mamo, ja też chcę tak grać!”. Początkowo rodzice pukali się w czoło i moje marzenie uważali za dziecięcy wymysł. Sugerowali, że trąbka nie jest odpowiednim instrumentem dla dziewczynki. W tym celu tata zabierał mnie na próby łobeskiej orkiestry, abym mogła zobaczyć, dotknąć i usłyszeć inne, jego zdaniem bardziej kobiece, instrumenty. Jednak pozostawałam wierna swojej wybrance i na każdej próbie zasiadałam obok chłopaków z sekcji trąbek.

Rodzicom w końcu nie pozostało nic innego, jak zaakceptować mój wybór i kupili mi pierwszy instrument – kornet. Moim pierwszym nauczycielem został oczywiście mój tata. Wbrew pozorom wcale nie miałam taryfy ulgowej, co to, to nie! Wręcz przeciwnie. Na każde zajęcia musiałam być perfekcyjnie przygotowana, a każda, nawet najmniejsza pomyłka kończyła się srogą burą: „Jak ty grasz?! Co to za oddech? Oddychaj przeponą, a nie cyckami!” Na szczęście koledzy, którzy chodzili ze mną na zajęcia, słyszeli tylko pokrzepiające słowa: „Nic się nie stało, że ci nie wyszło. Poćwiczysz i następnym razem będzie lepiej”.

Po kilkuletniej nauce w Łobeskim Domu Kultury chciałam dalej się rozwijać, więc pojechałam na egzaminy wstępne do szkoły muzycznej. W czasie egzaminów, oprócz badania kompetencji kandydatów, każdemu zadawano pytanie, na jakim instrumencie chciałby grać. Prawie wszystkie dziewczynki jednogłośnie odpowiedziały, że marzy im się nauka gry na skrzypach bądź fortepianie. Jakież było zdziwienie komisji, gdy zdecydowanym głosem powiedziałam: „Będę grać na trąbce”. („Jesteś tego pewna? A może jednak zdecydowałabyś się na klarnet?”) . Byłam nieugięta i we wrześniu zaczęłam naukę w choszczeńskiej Szkole Muzycznej I stopnia w klasie trąbki.

1 czerwca 2009 r. otrzymałam najpiękniejszy prezent z okazji Dnia Dziecka. Był nim zdany egzamin do Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia w Stargardzie. Chyba nikogo to nie zdziwi, że znów byłam jedynym przedstawicielem płci żeńskiej w klasie trąbki i nie zmieniło się to przez 6 lat mojej edukacji w tej szkole. Przez te wszystkie lata mój profesor nawet powątpiewał w to, czy w języku polskim istnieje takie słowo jak trębaczka, ale na szczęście językoznawcy z internetowej poradni PWN potwierdzili, że jak najbardziej w języku polskim takie słowo jest. 11 czerwca 2015 r. to data, która do końca życia pozostanie w mojej pamięci. Tego dnia nadszedł czas, aby  podsumować 6 lat edukacji w tzw. „muzyku”. Nadszedł czas, aby zmierzyć się z zagraniem recitalu dyplomowego. Początkowo stres był ogromny. Ale gdy po wyjściu na scenę zobaczyłam, że szkolna aula jest pełna bliskich mi osób, które trzymają za mnie kciuki, stwierdziłam, że z takim wsparciem nie może się nie udać. No i się udało. Ukończyłam szkołę z oceną bardzo dobrą i otrzymałam tytuł zawodowy muzyka, specjalność instrumentalista w zakresie gry na trąbce.

11267760_10204201094333227_1802422496328863387_n

Fot. zbiory prywatne. Katarzyna Wójtowicz, 2015 r.

Jak gra na trąbce wpłynęła na twoje życie?

To nie jest tak, że gra na trąbce zmieniła moje życie – ona właściwie wciąż nim rządzi. Nawet wybór studiów, filologii germańskiej, jest związany z trąbką, muzyką i łobeską orkiestrą. Już nie wspomnę o tym, że podczas przymierzania ubrań w sklepie sprawdzam, czy da się w nich grać na trąbce – biorę solidny oddech, podnoszę ręce tak, jakbym trzymała trąbkę. Jeśli mogę wziąć porządny oddech, ubranie nie krępuje mi ruchów i nie odsłania brzucha, wtedy mogę je kupić. Ten kawałek blachy z trzema wentylami jest moim przyjacielem i pierwszą miłością. Zresztą wystarczy tylko spojrzeć na trąbkę – można się zakochać od pierwszego wejrzenia!

Czy gdybyś mogła cofnąć czas wybrałabyś taką samą drogę?

Nauka gry na trąbce była, jak do tej pory, najlepszą podjętą przeze mnie samodzielną decyzją. To dzięki tej umiejętności miałam możliwość zwiedzania Europy i poznania wielu ludzi z różnych stron świata. Orkiestra nauczyła mnie przede wszystkim odpowiedzialności, sumienności i współpracy w grupie. Nie zamieniłabym tego na nic innego!

Który koncert zapadł ci najbardziej w pamięć?

W swojej dziewięcioletniej karierze zagrałam wiele koncertów z orkiestrą. Do dzisiaj pamiętam mój pierwszy występ z 3 marca 2008r., z okazji rocznicy wyzwolenia miasta. Z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, że nie było to nic nadzwyczajnego. Takie koncerty gra się w Łobzie średnio 5 razy w roku – przemarsz do kościoła, oprawa muzyczna mszy, przejście pod pomnik, oprawa muzyczna pod pomnikiem i powrót do ŁDK. Wtedy jednak było to dla mnie ogromne wydarzenie. Z tygodniowym wyprzedzeniem kompletowałam i laminowałam nuty do tzw. marszówki, szukałam pulpitu marszowego i czarnych, eleganckich spodni.

Szczególnym koncertem był dla mnie występ na głównej scenie w czasie Światowego Festiwalu Trębaczy w Gučy w Serbii. Zgodnie z serbskim powiedzeniem, które głosi, że kto zagra w Gučy na głównej scenie na trąbce, ten stanie się prawdziwym mężczyzną, zostałam prawdziwym mężczyzną bez operacji zmiany płci.

Muzyk to też człowiek i pomimo starań nie każdy koncert należy do w pełni udanych. Jednym z takich występów był koncert z okazji 65-lecia orkiestry. Uroczystości trwały 3 dni. Na zmianę uczestniczyliśmy w koncertach i bankietach. Drugiego dnia jubileuszu mieliśmy do zagrania koncert złożony z bardzo ambitnego repertuaru. Program przygotowywaliśmy przez 2 lata. Niestety, tego dnia nie byliśmy w szczytowej formie i nie wszystko wyszło tak, jakbyśmy tego chcieli. Miny naszego „ojca dyrektora” nie zapomnę nigdy. Jego twarz na zmianę robiła się purpurowa i blada. O „miłych” słowach, które padły z jego ust, lepiej nie wspominać. Ale nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Reprymenda przyniosła oczekiwane skutki, ponieważ następnego dnia spięliśmy się i zagraliśmy tak, że zawodowa orkiestra nie powstydziłaby się takiego występu.

Łobeska orkiestra nie tylko kształci muzyków, ale w niej zawiązują się także przyjaźnie i miłości. Niektóre pary legalizują uczucie związkiem małżeńskim. Dla nich pozostali muzycy przygotowują niespodziankę. Całą oprawę muzyczną w czasie mszy ślubnej wykonują członkowie naszej orkiestry. Po uroczystości ustawiają szpaler z instrumentów, przez który musi przejść młoda para. Na jego końcu na nowożeńców czekają instrumenty, na których grali, i z których muszą teraz wydobyć dźwięki. Nic dziwnego, że z takich muzycznych związków rodzą się nowi członkowie naszej orkiestry. W Młodzieżowej Orkiestrze Dętej Łobeskiego Domu Kultury grają wspólnie ojcowie, córki, siostry, bracia, a nawet wnukowie.

Jedną z muzycznych rodzin w naszej orkiestrze tworzy pan Leszek wraz z córkami – Agatą i Malwiną, dwiema flecistkami. Pan Leszek jest także moim kolegą z sekcji (a to według kodeksu orkiestrowego najwyższy stopień koleżeństwa). Oprócz tego, że wyśmienicie gra na wszystkich instrumentach perkusyjnych, to jeszcze śpiewa. Ale jak śpiewa! Nie bez powodu nazywany jest łobeskim Pavarottim. Jego szeroki repertuar wzbudza zachwyt jury, z kobiet wydobywa łzy szczęścia i zachwytu, a z mężczyzn zazdrość.

slub Ewa Krzysztof

Fot. archiwum Łobeskiego Domu Kultury. Ślub Ewy Gajdy i Krzysztofa Matysiaka, 2009 r.

Jak się pan czuje, kiedy koleżanki i koledzy córek są zarazem pana kolegami i koleżankami? Czy nie przeszkadza różnica wieku?

Ależ skąd. Nie przeszkadza mi to w ogóle, nawet to mi się bardzo podoba. Odejmuje mi lat, a ja czuję się wiecznie młody. Mogę razem z nimi robić szalone rzeczy i uchodzi mi to na sucho, bo przecież jesteśmy zespołem – w myśl zasady „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Na początku chciałem być dla nich ojcem i ich wychowywać, przejmowałem funkcję opiekuna i nauczyciela, ale później stwierdziłem, że to nie moja rola. I od tego momentu się dogadujemy. Zresztą nie tylko na polu muzycznym, czyli jest nam wesoło.

Jak się pan czuje, występując na scenie z tak trudnym repertuarem? Jakie emocje temu towarzyszą? Jak się pan przygotowuje do koncertów?

Na szczęście jestem amatorem i nie wiem zbyt wiele o swoich niedoskonałościach czy brakach muzycznych. Jestem zawodowym kierowcą (jak Presley) i mogę do woli trenować w samochodzie. Nikt mnie wtedy nie słyszy, nie komentuje i nie przeszkadza. Cała kabina jest moja. A mówiąc poważnie, żeby nauczyć się wybranego repertuaru, wielokrotnie przesłuchuję nagranie, podpatruję różnych wykonawców, naśladując ich technikę śpiewania. Staram się jednocześnie, żeby moje wykonanie nie było tylko zwykłym odtworzeniem i wzbogacam je o swoją interpretację i styl. To nie znaczy, że tylko w ten sposób się uczę. Pobieram prywatne lekcje u zawodowców, którzy przybliżają mi niuanse danego utworu, na które nigdy nie zwróciłbym uwagi, a są ważne. Najbardziej lubię wszystkie „rozśpiewanki”. Cóż że w domu moim kobietom to się nie podoba, sztuka wymaga poświęceń, więc muszą być wyrozumiałe. Wszystkie moje be, me, ma, me, mi, mo, mu uchodzą mi na sucho, mimo że się drę na całe gardło, bo ćwiczę. Ale jakie są dumne i szczęśliwe, kiedy wychodzę na scenę, a publiczność nagradza mnie gromkimi brawami. Nie wspomnę o tym, że każdy mój występ nagrywają, fotografują i pokazują znajomym.

IMG_6169

Fot. archiwum Łobeskiego Domu Kultury. Leszek Adamkowicz, solista Młodzieżowej Orkiestry Dętej Łobeskiego Domu Kultury, Kiejdany (wrzesień 2017 r.).

Emocje są zawsze. Każdy utwór zaśpiewany bez nich byłby tylko mdłym odtworzeniem tekstu i melodii. Każdy koncert wydobywa ze mnie inne uczucia. Największe wzruszenie po tylu latach śpiewania przeżyłem podczas koncertu w kościele w Kiejdanach na Litwie. Emocje wzięły górę i odebrały mi głos na dziesięć sekund. Nie mogłem się pozbierać, gdy zobaczyłem wpatrzone we mnie tyle par oczu ludzi, którzy z uwielbieniem słuchają polskich pieśni. Do dziś, gdy wspominam tamto wydarzenie, kręci mi się łza w oku. Nie tylko ja tak zareagowałem. Nawet zimny jak ryba w obejściu dyrektor uronił łzę, a to twardziel. Wielką przyjemność sprawia mi śpiewanie pieśni patriotycznych i kościelnych. Czerpię ogromną satysfakcję z tego, że śpiew podoba się innym. Wówczas czuję się wyniesiony na wyżyny sztuki muzycznej.

Co chciałby pan przekazać swoim młodym koleżankom i kolegom wchodzącym dopiero w świat muzyki?

Po pierwsze praca, po drugie praca, po trzecie dobry humor. Nie ma w życiu nic za darmo. Do każdego sukcesu trzeba dążyć wytrwale, cierpliwie i konsekwentnie, nie zwracając uwagi na porażki. Na prawdziwy sukces pracuje się latami i wtedy on trwa latami. Jeżeli pracujesz tylko chwilę, to sukces trwa tylko chwilę. Każdą pracę, którą wykonujemy, musimy kochać. I to wówczas staje się sensem naszego życia. Jestem szczęśliwy i dowartościowany. Osiągnąłem swój sukces. Na to złożyły się nie tylko talent, ciężka praca, ale również mnóstwo życzliwych, wyrozumiałych, wspierających mnie ludzi.

Nietuzinkową postacią, która panuje nad chaosem związanym z muzyką, aranżami, próbami, wyjazdami, instrumentami, środkami finansowymi oraz sprawami wychowawczymi, a to nie takie łatwe, jest wspomniany już wcześniej kapelmistrz naszej orkiestry, a zarazem dyrektor Łobeskiego Domu Kultury, Dariusz Ledzion. Swoją ciężką pracą osiągnął w świecie muzyki to, czego nie udało się wielu wykształconym profesjonalnie i kończącym słynne akademie muzyczne. Aby dojść do jego sukcesów, trzeba być człowiekiem odważnym, umiejącym nawiązywać kontakty z innymi muzykami, upartym, a czasami trochę zwariowanym.

Jak zaczęła się pana przygoda z muzyką?

Już jako mały chłopiec lubiłem śpiewać. Dużo śpiewałem na koloniach, obozach harcerskich. Lubiłem też występować na apelach szkolnych i uroczystościach rodzinnych. Po przeprowadzeniu się do Łobza rodzice zapisali mnie do społecznego ogniska muzycznego w klasie akordeonu. Jednak nie był to mój wymarzony instrument. Po roku nauki na akordeonie dostałem się do Łobeskiej Orkiestry Dętej, którą wówczas prowadził pan Lesław Buczek. Pierwszym moim instrumentem był werbel. Potem alt i waltornia. W siódmej klasie dostałem starą trąbkę, z której było bardzo ciężko wydobyć jakikolwiek dźwięk. Prawdziwą przygodę z muzyką rozpocząłem dopiero w szkole średniej w Technikum Rolniczym w Stargardzie. Tam poznałem bardzo dobrego kapelmistrza Szkolnej Orkiestry Dętej, który po roku zapisał mnie do Szkoły Muzycznej I stopnia w Stargardzie. Od tego momentu zaczęły się moje problemy z nauką w szkole średniej. Nauczyciele próbowali ze mnie zrobić rolnika, a mi w duszy grała muzyka. Zamiast uczyć się hodowli zwierząt, uprawy rośli, mechanizacji rolnictwa, pod ławką pisałem nuty, układałem piosenki. Za własne zarobione pieniądze kupiłem swoją pierwszą trąbkę, na której zdałem egzamin na studia. Największym zdziwieniem mojego wychowawcy w klasie piątej była informacja, że zdaję na studia do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku, na kierunek wychowanie muzyczne. Dopiero na studiach poczułem się jak ryba w wodzie. Robiłem to, co kochałem, poznawałem tajniki muzyki, chociaż wcale nie było to łatwe, gdyż nie miałem ukończonej szkoły muzycznej i musiałem nadrabiać zaległości. Podczas studiów grywałem również w orkiestrach dętych w Ustce i w Łobzie. Po skończeniu studiów wróciłem do Łobza.

Co jest najtrudniejsze w pana pracy?

Najtrudniejsze jest to, że brakuje mi czasu. Realizacja wszystkich zadań wymaga bardzo dużego zaangażowania i pochłania mnie w całości, co przekłada się na brak czasu. Nawet podczas urlopu prowadzę zajęcia z orkiestrą, gdyż systematyczność w muzyce jest bardzo ważna. Nocą, kiedy śpię, a jestem przed ważnym koncertem, dyryguję, analizuję partyturę i układam koncert. Tak samo jest po występie – w nocy analizuję niedociągnięcia, dobre i złe strony koncertu. Czasami kiedy jadę samochodem, a mam wenę twórczą, to zamiast trzymać kierownicę, zaczynam dyrygować. Często mi się zdarza, idąc ulicą, nie odpowiedzieć komuś „dzień dobry”, gdyż moje myśli pochłonięte są muzyką. Jestem wtedy w innym świecie – w świecie muzyki.

Dariusz Lerdzion 5

Fot. archiwum Łobeskiego Domu Kultury. Dariusz Ledzion, kapelmistrz Młodzieżowej Orkiestry Dętej i dyrektor Łobeskiego Domu Kultury.

Jak wspomina pan swój pierwszy koncert jako dyrygent? Jakie uczucia temu towarzyszyły?

Pierwszy raz przed jury dyrygowałem podczas Festiwalu Orkiestr Dętych w Łobzie w 2009 roku. W jury zasiadali moi starsi koledzy, a publicznością byli mieszkańcy Łobza, również koledzy kapelmistrzowie i muzycy z innych orkiestr. To potężne obciążenie psychiczne. Pamiętam, że po zejściu ze sceny po pierwszym koncercie przez ponad pół godziny nie docierały do mnie żadne słowa, które do mnie mówili znajomi. Czułem się, jakbym przynajmniej przez 12 godzin pracował fizycznie. Dopiero wieczorem po rozmowie z kolegami z jury zszedł ze mnie stres. Drugiego dnia, to już był drugi koncert, byłem tak rozluźniony i tak swobodnie się czułem, że uważam, że był to mój najlepszy koncert w życiu. Tego się nie zapomina.

Granie w orkiestrze nie jest łatwym zadaniem. Trzeba mu poświęcić naprawdę sporo czasu. To tak jak ze sportem, trzeba zawsze być w kondycji, codziennie ćwiczyć. Dodatkowo musimy umieć się zgrać. Można być świetnym solistą, ale nie dawać sobie rady z grą w zespole. Każdy z nas inaczej odbiera muzykę, inaczej ją czuje, ma inną wizję. Miłość do muzyki zabiera nam dużo czasu wolnego. Uświetniamy swą grą pasterkę, Boże Ciało, Trzech Króli, święta państwowe i lokalne. Dodatkowym problemem nas – perkusistów jest to, że mamy najwięcej do noszenia, rozkładania, skręcania, mocowania, ustawiania i najwięcej do grania w przemarszach, a czynele z każdym uderzeniem stają się coraz cięższe. Jesteśmy sercem orkiestry, bo nasza niedyspozycja lub złe uderzenie może wysypać cały zespół i zepsuć nawet najpiękniejszy w aranżu utwór. Niestety nasze starania nie zawsze są doceniane. Ludzie często wolą przyjść na taki koncert, na którym słyszą prostą muzykę na niskim poziomie, opartą na dwóch akordach i banalnych słowach. Nie rozumieją tej prawdziwej poważnej muzyki i naszego poświęcenia. Nas muzyków to boli. Wielu młodych ludzi uważa, że interesuje się muzyką, ale ich fascynacja tą dziedziną sztuki ogranicza się wyłącznie do radia. Tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia o muzyce.

Od siebie chciałabym dodać, że gra w orkiestrze to najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Chociaż na początku łatwo nie było. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej próby. Byłam tak sparaliżowana strachem, że tylko stałam z marakasami i nic nie zagrałam. Nie byłam w stanie. Tak się bałam. Starsi nie rozumieli, że jestem młoda. Wymagali ode mnie coraz lepszej techniki, siły, nowych rozwiązań muzycznych. Bywało, że koncerty kończyły się płaczem, spuchniętymi palcami, bolącymi rękami, a przemarsze – nogami posiniaczonymi od werbla. Ale czego nie robi się z miłości do muzyki?

Nasza orkiestra to nie tylko gra, występy, przemarsze, ale przede wszystkim rodzinna atmosfera. Bardzo zżyliśmy się na wszystkich wyjazdach, podczas których musieliśmy się podzielić jedną kromką chleba, jedną butelką wody, spać po kilka osób w jednym łóżku, autokar mieć za garderobę, sypialnię, jadalnię. Opiekowaliśmy się również młodszymi muzykami, aby nie tęsknili za domem i byli zawsze przygotowani i w kondycji. Tych chwil nie zamienię na nic. To tutaj ukształtował się mój charakter, postawa wobec świata, miłość do muzyki, koleżeńskość, współczucie, patriotyzm i umiejętność współpracy w grupie. Wszystkim rówieśnikom życzę, aby mieli tak emocjonujące życie i fantastyczne wspomnienia, jakie ja mam dzięki Młodzieżowej Orkiestrze Dętej Łobeskiego Domu Kultury.

Reportaż wyróżniony w I Ogólnopolskim Konkursie na Reportaż „Mam Muzykę…”, adresowanym do młodzieży w wieku 14-19 lat.

Sponsor konkursu:

Borówka Music

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top