Nie pytaj mnie

By: FARKA

Dawid Pych

Dla jednych za krótki, dla innych za długi, reportaż ze Święta Niepodległości A.D. 2014. W sprowokowanej przeze mnie rzeczywistości będzie to kilka zdań o  wyrywanych kontekstach oraz kostkach brukowych, wszechobecnych Żydach i Putinie. Czyli o tym, że, jak to powiedziała najważniejsza osoba, która udzieliła pozwolenia na Marsz Niepodległości, czyli Józef Piłsudski, „Racja jest jak d…a, każdy ma swoją”.

Co ciągle widzę w niej

Wtorek, 11 listopada 2014, 96 rocznica. Jest godzina 4:30, na oknach i balkonach widać już sporą liczbę biało-czerwonych flag, nieużywanych od poprzednich mistrzostw Europy, Świata lub wizyty księdza-patrioty. Na ulicach pustki, miejscowa melina jeszcze śpi, jej członkowie przywitają święto z grymasem na twarzach. Będąc wolnymi i niepodległymi, na dodatek najdłużej jak się da, bo od urodzenia, sami chcieliby decydować, kiedy monopole będą, a kiedy nie, otwarte. Większą niezależność czuje kierowca taksówki, wiozący mnie na dworzec w Krakowie. Jemu Piłsudski, Dmowski i inni potrzebni nie byli. Mówi:
– Gdyby nie ta niepodległość, zapłaciłby mi pan w Euro.
– A pan by potem za te Euro zatankował…
– Panie, paliwo kupiłbym w zaborze rosyjskim!

Jak na warunki nieprzyjaznej taksówkarzom Polski, skasował mnie nieźle, bo 35 zł za jakieś 15 minut jazdy. Pod zaborami lepiej zarabiano chyba tylko na prostytucji, choć, przy dzisiejszych cenach benzyny, przejazd po bardziej korzystnej stawce udałby się tylko posłowi Hoffmanowi. Tak czy siak, podróż minęła szybko, a prawdziwie wolne miasto Kraków witało w radiu discopolowym hitem zespołu Milano – O Tobie kochana, czyli piosenką o tym, że tylko ktoś, kto bardzo kocha wokalistę zespołu, jest w stanie zrozumieć, o czym on śpiewa. Nikt nie puszcza już Ciechowskiego. Tak działa rynek żyjący w zaborze Mamony.

Na dworzec docieram w ostatniej chwili, na szczęście pociąg i tak nie odjedzie o czasie. Wszystko przez pewnego starszego osobnika, załóżmy Józka. Tego typowego, zawsze niezadowolonego z życia osobnika, każdy z nas zna go z tego, że wszędzie wrzuca swoje, czasami jedyne, dwa grosze. Tu powie coś o wiecznie ćpającej i kopulującej młodzieży, tam o zdrajcy Tusku. Wszystko podsumuje stwierdzeniem, że za komuny było inaczej. Tym razem przyczepił się do konduktora.
– To niedopuszczalne, żeby na dworcu, w dniu zadym niepodległościowych, nie roiło się od policji. Za komuny było inaczej.
– Było inaczej, bo obchodzenie 11 listopada było zakazane. Proszę się uspokoić – odpowiedział adresat skargi, popełniając największy możliwy błąd, czyli podejmując dyskusję. U Józka wywołało to niemałe rozwścieczenie, w związku z tym wyrzucił z siebie serię obelg rozpoczynających się na wszystkie litery alfabetu polskiego i hebrajskiego.
– Ty…. ! Psy za bardzo się cackają z tymi wszystkimi zadymiarzami! – pewnie wspomniałby o wyższości poprzedniego systemu, ale został skuty i obezwładniony przez dwóch niewyszczekanych, ale uzbrojonych funkcjonariuszy policji.

Dlaczego w innej nie

Stolica, uznawana za taką przez całą Polskę oprócz Krakowa, jawi mi się po 4 godzinach podróży. Dojechałbym szybciej, ale stojące na dworcu Pendolino było akurat remontowane przez wykwalifikowaną, 5-osobową ekipę specjalistów, z których trzech myło okna, a dwóch mierzyło tory. Nie zdążyłem jeszcze wyjść z pociągu, a już musiałem wyciągać moją papierową kolekcję NBP z Mieszkiem, Bolkiem i Kazikiem, ale tym trochę starszym. Banda drobnych, niepodległych nikomu sklepikarzy uznała, że nie jest patriotą ten, kto 11 listopada nie kupi stu biało-czerwonych flag i apaszek sygnowanych napisem made in China. Obwieszony patriotycznymi gadżetami niczym choinka prezydenta, poruszony polską XXI-wieczną tradycją, zamiast skonsumować śniadanie, wybrałem pobliskiego kebaba. W Turcji 11 listopada nie jest dniem wolnym od pracy. Danie za 11 złotyszy przygotował mi młody chłopak, o karnacji zwiększającej szanse na solidny łomot z byle jakiego powodu, lub mniej demokratycznie, bez niego. Specjalnie mu to nie przeszkadzało, a łysych, ubranych w dresy klientów z zielonymi flagami Obozu Narodowo-Radykalnego, przywitał ze szczerym uśmiechem.
– Fajna flaga, jaki wy kraj? – zagadnął.
– Dwa, w naleśniku, z wieprzowiną i sosem na ostro – ignorująco odpowiedzieli z wyrazami twarzy adekwatnymi do zamówionego sosu.
– Ładnie mówicie w polski. Ja nie mogę mówić to mięso ze świni, dlatego proponuję tylko z kurczak lub nie-z-kurczak.

Historia nie zrobiła na rozmówcach wrażenia. Widząc nadchodzące niebezpieczeństwo, spojrzałem na sprzedawcę z miną, która w Warszawie, Stambule, a nawet Pjongjangu nakazuje zmianę tematu. Dla mojego sympatycznego kolegi była ona jednak tak samo trudna do zrozumienia, jak wieprzowina do wymówienia. To był sygnał do opuszczenia lokalu.

Dlaczego chcę zasypiać w niej

Do głównego dania dnia, Marszu Niepodległości, pozostało jeszcze kilka godzin. W poszukiwaniu wrażeń odwiedzam najbardziej zapalne, a co za tym idzie, łatwopalne tego dnia miejsca. Tęcza na Placu Zbawiciela, z takowym ma wiele wspólnego, wiele razy już zmartwychwstawała. Przyczynia się do tego Hanna Gronkiewicz-Waltz, pseudonim artystyczny HGW, działająca w opozycji do Piłata i w stronę głosów wyborców. Tego dnia, symbol polskiego dawania sobie po ryju, chroniło więcej ludzi niż panią premier. Według moich skromnych obliczeń, na każdy kolor tęczy przypadało około dziesięciu policjantów, dwóch Szarików i trzech szukających sensacji komentatorów klatkowo-blokowo-piwkowej redakcji ustnego dziennika „Coś się dzieje”. Turyści z Japonii oczekiwali, aż zza tłumu ochrony wyłoni się wreszcie prezydent. Funkcjonariusze przeszukiwali jakąś podejrzaną 70-latkę, której długi płaszcz i różaniec w ręce, wzbudzały podejrzenia o przenoszenie materiałów wybuchowych, a także planowanie wysadzenia z tęczy paru kolorów, tak by zostały tylko barwy okolicznego koła gospodyń wiejsko-miejskich.

Aby dojść do ambasady naszych największych przyjaciół, Rosjan, trzeba minąć parę ciekawych miejsc. W okolicach Łazienek, przy alei Szucha, swoje stanowisko ma, jedyna prawdziwie niezależna, nieprawdziwie zależna, niezależnie od faktów prawdziwa, Telewizja Narodowa. Jej spiker przypomina nam fakty, o których dobrze wiemy. Polska nie odzyskała niepodległości, a naszym krajem rządzą siły z zewnątrz. Jakie siły? Tego nie słyszymy, ale muszą być one tak straszne, że ich poznanie uczyniłoby TV Narodową ważnym źródłem informacji. Nagle z głośników wybrzmiewa hit zespołu Pudelsi, „Wolność Słowa”, który ma nam opowiedzieć brutalną historię III RP:
Oto ciżemka posła Geremka
Wpadła w ręce służb policji, gdy wychodził z koalicji
Gabriel Janowski przedawkował proszki
Śmiesznie podskakuje, wszystkich dziś całuje
Poseł Kalinowski ogolił se włoski
Gdyż powraca słodko Grzegorz Kołodko

W tych wesołych rytmach idę dalej, mijam transparenty okraszone groźnymi hasłami. Jedno z nich brzmi szczególnie niepokojąco: Czy Polska ma być drugą Palestyną? Czyli jednak zagrażają nam Żydzi. Wszystko przez Tuska i jego próby stworzenia drugiej Irlandii. Mogliśmy, jak chciał Kaczyński, zostać drugimi Węgrami. Może wtedy wszechobecni Żydzi nie nauczyliby się tak szybko węgierskiego jak angielskiego i sami stalibyśmy się drugim Izraelem, który się swoich mieszkańców nie boi.

Dookoła Ambasady Federacji Rosyjskiej spokojnie, jak nigdy. Wydaje się, że w razie czego, chroniącej jej policji jest za mało. To już nieważne, bo sytuacja „w razie czego” miejsca mieć nie będzie. Cud nad Wisłą, czy w głowach? Ostatecznie udało się nie zdenerwować Putina.

Dlaczego jestem z nią

W miejscu rozpoczęcia tegorocznego Marszu Niepodległości jestem o 14. Planowany początek będzie miał miejsce za godzinę. Ludzie dopiero zaczynają się zbierać, ale Dmowski i tak mógłby już mieć powody do dumy, na placu Piłsudskiego są o tej porze pustki. Siadam na schodkach pod Pałacem Kultury i Nauki, prezentem od naszych wiadomych znajomych, którym za jakieś parędziesiąt minut stutysięczny tłum odwdzięczy się głośnym okrzykiem: Ruska k…a ! Aeaeaeaeae ! Wybuchająca koło mnie petarda, rzucona przez jednego z wielu przybyłych kibiców piłkarskich, budzi leżącego obok i mocno zdezorientowanego menela, którego poniosła tutaj nocą patriotyczna podświadomość, połączona z dużą ilością gorzały, a także przeczuciem, że 231-metrowy budynek to dobry punkt odniesienia do porannego poszukiwania swojego miejsca zameldowania. Widok paru tysięcy ludzi z biało-czerwonymi flagami, palące się race i głośne przyśpiewki, po jakiejś pół godzinie grzebania palcem w nosie, wzbudziły jego zainteresowanie.
– Ktoś ma urodziny? – wypalił wreszcie, nie mogąc żyć w niepewności.
– Polska odrodzona. – odpowiedział stojący obok mężczyzna, palący jak parowóz z czasów II RP, ale w dresie rodem z Rzeczpospolitej już Trzeciej.
– Które?
– Dziewięćdziesiąte szóste.
– Dużo, Władek miał wczoraj pięćdziesiątkę. Dużo gości. Gdzie się będą bawić ?
– Pójdą stąd w kierunku Stadionu Narodowego. To się nazywa Marsz Niepodległości. Za chwilę dojdzie tu jeszcze jakieś parędziesiąt tysięcy ludzi. – włączyłem się do rozmowy.
– Nie wierzę – powiedział chyba szczerze, bo za chwilę znowu zasnął.

Dlaczego z inną nie

Wyruszymy już za chwilę. Jeszcze tylko kilka patriotycznych piosenek, przemówień gości z Ukrainy i Francji. Nie zabrakło przypomnień organizatorów z Ruchu Narodowego o tym, że wszyscy zostaliśmy w drodze do Warszawy przetrzepani przez policję i zmuszeni do oddania swoich flag. Mój tajny informator podaje, że będą one teraz wisieć w komendach, redukujących jak się da, 11-listopadowe wydatki. Na zielone flagi ONR, a także popisane białe transparenty, które również były rekwirowane, zostanie pewnie ogłoszony przetarg dla ambasad Irlandii oraz Węgier, mających te kolory w swoich flagach narodowych. W przemówienia przybyszy z zagranicy, a także ich zapewnienia o podobieństwach między nacjonalistami w Warszawie i innych stolicach, tłum nie uwierzył. Niemożliwe, żeby Francuz kochał Polskę tak jak Polak. Gdy tylko Marsz ruszył do przodu, odpalono race, petardy i zaczęto głośno śpiewać. Były okrzyki lepsze i gorsze, patriotyczne lub po prostu wyzywające. Sto tysięcy gardeł krzyczących: Cześć i chwała bohaterom; Bóg, honor i ojczyzna; Wielka Polska, musiało robić wrażenie wszędzie tam, gdzie były słyszane. A były, pokazując tą najlepszą stronę Marszu. Szkoda, że tak mało eksponowaną w telewizji. W oficjalnym przekazie, ale i opiniach wielu ludzi, szczególnie tych, którzy 11 listopada spędzili na wyprzedaży w Tesco, brakuje choćby próby znalezienia złotego środka w myśleniu, dominują antagonizmy. Nie mają racji osoby uważające Marsz za wielkie mordobicie, czy inny zbiór faszystów, szowinistów. Widziałem patriotyczne uniesienie, chęć uczczenia jednego z naszych niewielu zwycięstw, pozytywną energię ludzi, których Polska choć trochę interesuje. Nie usiądę jednak w tym samym rzędzie z gloryfikującą wydarzenia sprzed paru dni polską prawicą. Nie było policyjnej prowokacji. Tej dopuściły się wybudowane za nasze pieniądze znaki drogowe, barierki, a nawet niepozorne kostki chodnikowe. Umiejscowione z niewiadomych powodów na często uczęszczanej drodze, na której, o zgrozo, stały białe kaski, zmuszały zamaskowanych cwaniaczków do wyrywania i rzucania. A wiecie jaki to wysiłek wyrwać kawałek chodnika, rzucić nim na 20 metrów, jednocześnie wytrzymując ciosy armatek wodnych, gazów pieprzowych i musztardowych? Jestem pełen podziwu. Usuwanie źle położonego kawałka drogi pod moim blokiem trwa już od tygodnia. O tych incydentach rodem z wczesnego średniowiecza, trzeba jednak jak najszybciej zapomnieć. Bolą inne, bardziej powszechne zjawiska. Wyzwiskami rzucano głośno, na lewo i prawo, do przodu i tyłu. Na Ruskich, Komoruskich, Michnikenmanów, Tuskemanów, im podobnych. Tak samo na ich dzieci, ojców, znajomych. Szkoda, że najsłabiej z przyśpiewek wypadł Mazurek Dąbrowskiego, śpiewany przez co trzydziestą osobę. Patriota musi wiedzieć, że Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę, ale już nie musi wiedzieć jak brzmi druga zwrotka hymnu. Nie słyszałem też nigdzie hebrajskiego. To dziwne, skoro przeciwnicy każdej drużyny piłkarskiej to Żydzi, którzy zjechali się przecież tego jednego dnia w to samo miejsce. Może jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż by tego głupia nienawiść chciała?

Dlaczego myślę że …

Gdybyś ujrzeć chciał
nadwiślański świt,
już dziś wyruszaj ze mną tam.
Zobaczysz, jak
przywita pięknie nas
warszawski dzień

Dzień po wydarzeniach z 11 listopada musi być spokojny. Ludzie idą pracy, szkoły, na piwko do sąsiada. To, co było wczoraj, to przeszłość, jeden z wielu tematów do rozmowy. Kiedy jednak, zaraz po Marszu, wracam do centrum Warszawy, wiem, że pewne ślady minionych wydarzeń zostaną na dłużej. Ekipy sprzątające mają co sprzątać, a budowlane co budować. Po raz kolejny. Ulice pełne kamieni, cegłówek i wszystkiego co da się wyrwać. Wszędzie stoją jeszcze panowie z tarczami i w charakterystycznych białych kaskach. Trochę smutno. Wystarczy jednak nieco się oddalić, by uśmiech znów wrócił na twarz. W Warszawie trwa w ten wieczór święto Januszów. To ci, którzy przyjechali na Marsz z daleka, wypili po pięć piwek, trochę pokrzyczeli, a teraz podbijają stolicę. Atmosfera przypomina trochę tą z organizowanego u nas Euro. Wszyscy chodzą w narodowych barwach, śpiewają Polska mistrzem Polski i piją dalej. Potem jakiś balet. Dopiero wtedy wyjazd można zaliczyć do udanych. Gdzieś na ulicy dwóch żelowatych królów disco polo i mlecznych barów przeklina policję, która ich, neutralnych, omyłkowo spryskała gazem. Wiązankę wyzwisk przerywa przechodzący obok oddział warszawskich funkcjonariuszy. Panowie zmieniają wtedy temat na dyskusję o tym, kto jest najlepszym prezydenckim lachonem. Młoda Wałęsówna, Jaruzelska, Kwaśniewska, czy może któraś z ich matek.

Około 22 wracam na dworzec centralny, pełen ludzi z całej Polski, czekających na litość PKP, a co za tym idzie, terminowe odjechanie pociągów z działającym ogrzewaniem. W międzyczasie ochrona McDonalda wyprowadza z lokalu dwóch kibiców jakiejś niebiesko barwnej drużyny. Sprzedawczyni nałożyła im za mało frytek, a dorzucony do nich ketchup był radziecko-czerwony.

Że nie ma dla mnie innych miejsc

W oczekiwaniu na następny TGV, TLK, czy jak go tam zwali, robię sobie parę rundek wokół Pałacu Kultury i Nauki. Po drodze spotykam wcześniej poznanego menela, który przez 9 godzin zdążył wspiąć się o trzy schodki, a potem uznać, że nie ma co się śpieszyć. Jeszcze go oskarżą o bilokację. Kolejną drzemkę przerywają mu głośni, czarnoskórzy studenci, śpiewający zasłyszane na mieście kto nie skacze, ten z policji, mocno się przy tym w przesłanie tekstu wczuwając. Mężczyzna pyta mnie z zaciekawieniem:
– To ten Marsz?
– Już po.
– Gdzie ludzie?
– Pogoniono ich.
W tym momencie mój rozmówca spojrzał na idącą w jego kierunku rozskakaną ekipę murzynów. Z przerażeniem wstał i pobiegł. Gdzie? O to i o parę innych rzeczy nie pytaj mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top